Skip to content

Rynki wschodzące to aktualnie najlepszy pomysł na inwestycję długoterminową, w której warto zamrozić pieniądze na kolejnych kilka lat

Punktem wspólnym krajów wschodzących jest fakt, że jak już zaczną wschodzić, to robią to w zadziwiająco szybkim tempie

Tak to już jest, że kraje najbiedniejsze zazwyczaj charakteryzują się największą dynamiką rozwoju. Rynki wschodzące szczycą się tempem wzrostu PKB powyżej 5% rocznie, podczas gdy w gospodarkach rozwiniętych osiągnięcie 1.5% jest już sporym sukcesem. Sprawdźmy jak polski inwestor może wykorzystać tę wiedzę, aby zarobić pieniądze na egzotycznej giełdzie.


Co to są rynki wschodzące?

Rynki wschodzące (emerging markets) to półmetek na wyboistej drodze pomiędzy rynkami rozwijającymi się (frontier markets), a rynkami rozwiniętymi (developed markets). Podział jest tu dość umowny, a granica cienka. Niektóre kraje nawet pomimo tego, że są już na wysokim poziomie, ciągle formalnie należą do kategorii frontier markets (np. Wietnam).

Inne z kolei jakimś cudem awansowały niedawno do kategorii emerging markets (np. Pakistan), w której znajduje się chociażby Polska. Trudno jednak porównywać poziom rozwoju i poziom życia w Polsce do poziomu życia w Pakistanie. Formalny podział potraktujmy więc jedynie jako wskazówkę, a nie sztywny wyznacznik.

Tak czy inaczej, przyjmijmy że rynki wschodzące to wszystkie te państwa, którym udało się już opuścić kategorię “krajów trzeciego świata”, ale nie zdążyły jeszcze wejść do “świata pierwszego”.

Punktem wspólnym krajów wschodzących jest fakt, że jak już zaczną wschodzić, to robią to w zadziwiająco szybkim tempie. Kraje z niskim dochodem na mieszkańca (poniżej 10 000 USD rocznie) często charakteryzują się poziomem wzrostu PKB powyżej 5% rocznie, co w dzisiejszym świecie jest rewelacyjnym wynikiem.


Dlaczego warto inwestować w emerging markets?

Na pewno sam poziom wzrostu PKB nie może być jedynym wyznacznikiem. Rząd Indii znany jest na przykład z tego, że używa kontrowersyjnych metod księgowych, aby na papierze podnieść sobie wartość PKB. Chiny z kolei od lat stymulują wzrost w nieco sztuczny sposób pompując w rynek gigantyczne pieniądze, które pochodzą z coraz większych kredytów. Czy to oznaka zdrowej gospodarki? Niekoniecznie. Generalnie jednak można przyjąć, że wysoki wzrost PKB jest pierwszym sygnałem do tego, aby nad danym krajem pochylić się nieco bardziej i przeanalizować inne czynniki, które podpowiedzą czy warto w nim zainwestować.

Wybierając nasz przyszły cel inwestycyjny, w pierwszej kolejności należało by spojrzeć na kraje, które w tym momencie nie radzą sobie zbyt dobrze, ale wykazują już pewien potencjał do zmian. Dlaczego?

Mało krajów na świecie rośnie nieustannie przez kilkadziesiąt lat, bez żadnej zadyszki. Częściej przypomina to roller coaster. Kupując akcje po trendzie wzrostowym, który wyniósł je aktualnie na sam szczyt, narażamy się na spore niebezpieczeństwo, że w niedługim czasie nastąpi jakiś spadek. Nic nie potrafi nieustannie piąć się do góry. Dlatego dzisiaj warto zainteresować się tymi giełdami, które aktualnie spisują się kiepsko, ale są na świetnej drodze, żeby wkrótce odwrócić negatywny trend.

W tym miejscu warto dodać, że myśląc o rynkach wschodzących, trzeba myśleć raczej o inwestowaniu długoterminowym, czyli w perspektywie, powiedzmy, 3–10 lat.

To, że dany kraj akurat dzisiaj wchodzi na swoją ścieżkę rozwoju i z optymizmem patrzy w przyszłość nie znaczy, że momentalnie rzucą się na niego instytucjonalni inwestorzy, którzy w ciągu miesiąca wywindują giełdę na szczyt. Duży kapitał nie działa błyskawicznie. Banki inwestycyjne, fundusze hedgingowe czy nawet prywatni magnaci wolą najpierw poczekać i popatrzeć czy wzrost gospodarczy zostanie utrzymany, czy jest potwierdzony i odpowiednio stabilny. Dopiero po dziesiątkach analiz, spotkań z przełożonymi czy właścicielami i po przebrnięciu przez całą biurokrację (w przypadku banków inwestycyjnych), może zostać podjęta decyzja o tym, żeby zaangażować większy kapitał na danym rynku. I tu zaczyna się kolejna analiza, pt. “Co konkretnie i w jakiej ilości należy kupić”? Proces decyzyjny zaczyna się od nowa, a kiedy podpiszą się już pod nim wszyscy święci, dopiero wtedy następują większe zakupy, które często rzeczywiście wywołują znaczne wzrosty na danej giełdzie.

Drobni inwestorzy mają tę przewagę, że decyzję o wejściu na nowy rynek, w którym widzą potencjał, mogą podjąć właściwie z dnia na dzień i po cichu; bez ruszania całą giełdą i bez mimowolnego informowania o swoich działaniach reszty finansowego świata. Grube ryby tego nie potrafią.


Jakie zagrożenia niosą rynki wschodzące?

Aby z sukcesem inwestować na rynkach wschodzących, przede wszystkim trzeba być odpornym psychicznie i umieć trzymać nerwy na wodzy. Przyda się też spora czujność, ale z towarzyszącym jej opanowaniem. Chodzi o to, aby nie przesadzać z reakcją na różne lokalne wydarzenia, które człowiekowi z zachodu na pierwszy rzut oka jeżą włosy na głowie.

W krajach mniej stabilnych (czyli większość frontier markets) sytuacja polityczno-społeczno-gospodarcza potrafi zmieniać się bardzo szybko.

Kiedy kilka dni temu pojawiła się informacja, że indyjskie oddziały zaatakowały na terenie Pakistanu (czyli na terenie swojego odwiecznego wroga) obóz terrorystów, giełda w Bombaju momentalnie runęła o prawie 10%, tylko po to, żeby połowę tych strat odrobić dzień później. Kto nie ma mocnych nerwów, nie jest w stanie przetrzymać takich wahań i prędzej czy później podda się panice tłumu, sprzedając akcje akurat w samym dołku.

Rynki wschodzące niestety (albo i stety, ale o tym za chwilę) są bardzo wrażliwe na każdy sygnał niepokoju. Historia wielokrotnie pokazywała bowiem, że nawet drobna iskra może wywołać wybuch i zapoczątkować wieloletni trudny do ugaszenia pożar (Ukraina, Syria) lub samoistnie wygasnąć już po paru dniach (Turcja, Tajlandia). Bardzo ważnym jest więc, aby działać z zimną krwią i na spokojnie analizować każdą zaistniałą sytuację, powstrzymując się od pochopnych decyzji.


Uśrednianie cen jako minimalizowanie ryzyka na niepewnych rynkach

Z drugiej strony, duża zmienność i przesadne reakcje inwestorów, niekiedy przypominające wręcz panikę, mają także pozytywne strony.

Dzięki takim nadgorliwym zachowaniom, nakręcanym w dużej mierze przez media, dość często bowiem na giełdzie pojawiają się chwilowe, lecz spore obsunięcia (jak ostatnio w przypadku Indii). Bardziej wytrwani inwestorzy, zamiast poddawać się temu i wyprzedawać razem z innymi, w takich momentach robią zupełnie coś innego. Gdy inni panikują, doświadczeni traderzy spokojnie skupują od nich akcje oferowane po atrakcyjnie niskich cenach.

Takie działanie, zwłaszcza w przypadku inwestorów długoterminowych, pozwala uśredniać cenę całego zakupu i budować swoją ekspozycję na dany rynek nie w ciągu jednego dnia, tylko w ciągu dłuższego czasu przy pomocy kilku czy nawet kilkunastu oddzielnych transakcji.

Wbrew pozorom, ma to spory sens. Jakie bowiem jest prawdopodobieństwo, że przy pierwszej transakcji, której dokonujemy, trafimy od razu w ostateczny dołek, po którym nastąpią już tylko same wzrosty? Myślę, że nie większe niż 50%. Rzut monetą. Dlatego zawsze warto mieć odłożone trochę gotówki na wypadek, gdyby zaraz po dokonaniu pierwszego zakupu, kurs zaczął spadać. Wtedy, mając wolne pieniądze, możemy dokupić więcej za mniej, uśredniając w ten sposób łączną cenę zakupu.

Przykładowo — powiedzmy, że chcemy docelowo zainwestować w indyjski indeks giełdowy łącznie 10 000 zł z perspektywą długoterminową. W ciągu ostatniego tygodnia przeczytaliśmy wszystko, co można było przeczytać na temat indyjskiej gospodarki. Decyzja została podjęta.

W typowym scenariuszu przelewamy 10 000 zł na rachunek maklerski i ustawiamy zlecenie kupna. Po paru sekundach transakcja jest zrealizowana. Dzień później indyjskie wojska wchodzą nieproszone na teren Pakistanu i atakują obóz terrorystów. Konflikt wisi w powietrzu, zwłaszcza że oba kraje dysponują bronią jądrową. Giełda w Bombaju leci o 10% w dół. W ciągu jednego dnia straciliśmy jedną dziesiątą naszych pieniędzy. Kiepski początek, prawda?

W drugim scenariuszu, zamiast od razu inwestować cały kapitał, początkowo możemy wydać tylko połowę sumy, którą ostatecznie chcemy przeznaczyć na inwestycję. Po podjęciu decyzji o wejściu na dany rynek, kupujemy więc akcje za 5000 zł i czekamy co się stanie. Jeśli na drugi dzień albo miesiąc później wydarzy się coś, po czym akcje runą w dół, to przede wszystkim musimy:

  1. Dowiedzieć się, co dokładnie wywołało ten spadek
  2. Zastanowić się, czy spadek o takim zakresie jest uzasadniony; czy jednak reakcja inwestorów była przesadzona
  3. Odpowiedzieć na pytania: czy czynnik, który wywołał ten spadek, jest jednorazowy/chwilowy czy permanentny? Czy konsekwencje będą się ciągnęły przez kolejnych pięć lat czy przez parę dni? Czy wydarzenie rzeczywiście ma jakikolwiek wpływ na wyniki i kondycję spółek giełdowych?

Jeśli uznamy, że reakcja giełdy jest przesadzona lub fundamentalnie nie powinna mieć żadnego związku z wydarzeniem, dokupujemy akcje za resztę pieniędzy, uśredniając w ten sposób całą cenę zakupu. Jeśli bowiem kupiliśmy najpierw 100 akcji po 50 zł każda, a potem ich cena spadła o 10% do 45 zł i później dokupiliśmy jeszcze za pozostałe 5000 zł 111 akcji (bo na tyle nam wystarczyło pieniędzy), to średnia cena zakupu wyniosła 47,36 zł. Całkiem nieźle.

Tak samo można kupować właściwie każdy instrument finansowy bazujący na akcjach czy towarach, nie tylko na rynkach wschodzących.

A co jednak, jeśli kupimy tylko za połowę przeznaczonej na to kwoty i okaże się, że jakimś cudem zrobiliśmy to akurat w samym dołku, po czym kurs wystrzelił do góry? No cóż, w dalszym ciągu zarobiliśmy pieniądze, prawda? Połowę mniej niż mogliśmy zarobić inwestując od razu całość kapitału, ale cały czas to my jesteśmy górą, a utracone potencjalne korzyści można potraktować jako koszt minimalizowania ryzyka.

Poza tym, jak wiadomo, żaden rajd nie trwa wiecznie. W końcu nastąpi moment, w którym inwestorzy zechcą zrealizować zyski lub wydarzy się coś, co chwilowo powstrzyma entuzjazm kupujących i kurs instrumentu podda się korekcie. To będzie moment, aby wydać nasze pozostałe pieniądze.

Ja do wyboru takich dołków w trendach wzrostowych używam zazwyczaj wskaźnika RSI lub MACD. Dobrze jest, jeśli wskazania są połączone z jakąś przesłanką fundamentalną, uzasadniającą lekki spadek, ale nie jest to warunek konieczny.


Jak inwestować pieniądze na egzotycznej giełdzie za granicą?

Najprostszym i najbezpieczniejszym sposobem dla polskich inwestorów jest otworzenie konta maklerskiego w polskim banku, który oferuje dostęp do giełdy amerykańskiej. Dlaczego do amerykańskiej, skoro chcemy inwestować na rynkach wschodzących? Ponieważ na giełdzie w Nowym Jorku notowanych jest prawie dwa tysiące funduszy indeksowych ETF, które odzwierciedlają zachowania indeksów z niemal wszystkich regionów świata.

Inwestowanie na rynkach wschodzących przy pomocy ETF już na wstępie zapewnia dywersyfikację sektorową, płynność, wygodę i niskie koszty. ETF ma za zadanie odzwierciedlać zachowanie indeksu danej gospodarki (często istnieją oddzielne ETF-y dla spółek małych, dużych, średnich itd).

Na plus takiego rozwiązania można zaliczyć przede wszystkim to, że animator zapewnia płynność ETF-om, co nie zawsze można powiedzieć o akcjach notowanych na giełdach macierzystych. Wygoda bierze się z kolei stąd, że wystarczy posiadać dostęp do jednego rachunku maklerskiego i przeważnie do dwóch tylko giełd (NYSE i NASDAQ), na których notowane są interesujące nas ETF-y. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że inwestowanie za pomocą ETF-ów jest o wiele tańsze, niż np. kupowanie jednostek tradycyjnych funduszy z ekspozycją na poszczególne rynki.

Nie polecam natomiast inwestycji w konkretne akcje spółek notowanych na egzotycznych giełdach. A już na pewno nie początkującym inwestorom. Świadome inwestowanie po przeciwległej stronie globu wymaga dość specjalistycznej i ukierunkowanej wiedzy odnośnie sytuacji oraz uwarunkowań, w których działają lokalne spółki. Otoczenie prawne, polityczne i ekonomiczne różni się zupełnie w zależności od danego kraju, dlatego trudno będzie połapać się w tym wszystkim osobie próbującej równolegle śledzić różne rynki z kilku odległych zakątków świata.

Zresztą, dla indywidualnego inwestora nie ma chyba nawet w Polsce możliwości uzyskania bezpośrednio dostępu do egzotycznych giełd w rodzaju Wietnamu czy Pakistanu. Deutsche Bank posiada co prawda szeroką ofertę, ale nie aż tak szeroką jak mnogość ETF-ów notowanych na giełdach amerykańskich. Poza tym oferta DB skierowana jest raczej do grubych ryb, bo koszty do najtańszych nie należą (prowizje rzędu 1% + 100 EUR za transakcję).

Jakie jeszcze mamy opcje, aby inwestować na rynkach wschodzących? Certyfikaty inwestycyjne notowane na GPW, ale tu wybór jest bardzo skromny lub akcje syntetyczne czy kontrakty CFD u brokerów Forex, ale tam wybór jest jeszcze skromniejszy.

Niewątpliwie więc najlepszą, najtańszą i najwygodniejszą alternatywą pozostają fundusze indeksowe ETF.


Gdzie na rynkach wschodzących najlepiej zainwestować gotówkę?

Skoro wiemy już jak, to pojawia się pytanie gdzie i w co najlepiej zainwestować pieniądze, żeby zarobić na giełdzie rynków wschodzących.

Dzisiaj wybór nie jest znowu taki duży. Świat boryka się ze spadającą liczbą urodzin, z malejącą siłą roboczą, z coraz większym zadłużeniem rządów i z kolejnymi wyborami wygrywanymi przez partie i polityków populistycznych, którzy zagrażają rozwojowi globalizacji i stawiają na zamknięcie i odizolowanie swoich krajów od reszty świata. Mimo tego, nawet w trudnych czasach znaleźć można perełki, które z dużym prawdopodobieństwem w perspektywie następnych 3–10 lat zakwitną i rozbłysną ekonomicznym blaskiem.

Pakistan, Sri Lanka i Bangladesz

Złota trójka, która wspólnie osiąga obecnie jeden z największych poziomów wzrostu PKB — prawie 6% rocznie. A ma być jeszcze lepiej.

Zdecydowanie pomagają reformy przeprowadzane w całym regionie. Zaciąganie długów (o dziwo) jest pod kontrolą, dzięki czemu sektor bankowy cieszy się względną stabilnością — udzielone kredyty nie przekraczają 80% depozytów. Cały czas przybywa osób w wieku pracującym. Oczekuje się, że Pakistan i Bangladesz, jako nieliczne kraje na świecie, będą mogły pochwalić się w 2020 roku wzrostem populacji w wieku pracującym o 2%. W większości krajów wynik ten będzie ujemny.

Cały region niesamowicie korzysta na swoim potencjale produkcyjnym. Wytwórcy już teraz poszukują tu taniej siły roboczej i przenoszą swoje fabryki z coraz droższych Chin. Bangladesz jest obecnie drugim po Chinach największym eksporterem ubrań do USA i do Niemiec. Sytuacja powinna się jeszcze poprawić, kiedy poprawi się infrastruktura. A to właśnie następuje. Chińskie i Japońskie banki oraz korporacje, chcąc zachować wpływy w regionie, inwestują ogromne pieniądze w budowę dróg, elektrowni i portów, które ułatwią transport wyprodukowanych dóbr.

Największym zmartwieniem do tej pory był (i jest) poziom bezpieczeństwa, zwłaszcza w Pakistanie. Tu widać jednak pozytywne oznaki. Wojsko coraz mocniej skupiło się na tym, żeby zapewnić w kraju względny spokój, a sprawy gospodarki zostawić w rękach cywilnego i postępowego rządu premiera Nawaza Sharifa. Wysiłki zostały chyba dostrzeżone, bo kilka miesięcy temu zapadła decyzja o przeniesieniu kraju z indeksu frontier do emerging markets.

Więcej o tym dlaczego warto zainwestować w Pakistanie pisałem tutaj.

A w tym miejscu dlaczego warto zainwestować w Bangladeszu.

Indie i Filipiny

Od kilku lat w gospodarce panuje eldorado, podobnie jak na giełdzie. Indeks indyjskiej giełdy wzrósł w tym czasie o 50%, a indeks filipiński o 100% w ciągu czterech lat. Obecnie nie widać praktycznie żadnych oznak sugerujących, aby trend ten miał się skończyć.

Początkowo prasa zachodnia obawiała się nieco kontrowersyjnego prezydenta Filipin Rodrigo Duterte, ale giełda zdaje się mieć inne zdanie. Od czasu wyborów w maju 2016 r. filipińskie akcje urosły już o prawie 10%. Duterte chyba przypodobał się inwestorom deklarując, że w końcu rozprawi się z przestępczością, korupcją i handlarzami narkotyków, a także uzdrowi kongres, wprowadzi podwyżki dla pracowników administracji i dogada się z rebeliantami, żeby Filipińczycy z prowincji poczuli się w pełni bezpiecznie. Brzmi obiecująco.

Jeśli chodzi o Indie, rząd także nie próżnuje. Premier Narendra Modi od dwóch lat forsuje reformy i próbuje ogarnąć chaos panujący w różnych stanach. Rząd wprowadza obecnie podwyżki w budżetówce, bank centralny obniża stopy procentowe, a parlament upraszcza podatki i zmniejsza restrykcje dla zagranicznych inwestorów. To też brzmi zachęcająco.

Minusem giełd obu krajów jest dość wysoka cena, którą trzeba zapłacić za akcje tamtejszych firm. Wskaźnik CAPE dla Filipin wynosi 23, a dla Indii 18. Cena/Zysk w obu przypadkach powyżej 22. To oczywiście nie przekreśla potencjału do dalszych wzrostów, ale trzeba rozumieć, że w każdej chwili istnieje ryzyko wystąpienia głębszej korekty.

Więcej o tym jak i dlaczego warto zainwestować w Indiach pisałem w tym artykule.

Wietnam

Mój faworyt inwestycyjny od dawna. Świetnie położony, z dobrą infrastrukturą (ciągle rozszerzaną) i z coraz wyższym standardem życia. Kraj jest niesamowicie przedsiębiorczy, a do tego stabilny i nie występują w nim niepokoje społeczne. Wietnam to gigant eksportu, posiada odpowiednie fabryki, odpowiednią siłę roboczą i odpowiednie know-how, aby przyciągnąć zagranicznych inwestorów. Inflacja na przyzwoitym poziomie, bezrobocie niskie, stopy procentowe do 2020 roku mają spaść do 1.5%. Nic, tylko brać kredyt i kupować.

Więcej o inwestowaniu w Wietnamie pisałem tutaj.

Chiny

Trudno powiedzieć czy jest to dobre miejsce na inwestycję długoterminową. Na pewno Chiny są obecnie ciekawą opcją z uwagi na przecenę wśród tamtejszych akcji. Indeks giełdowy od szczytu w 2015 roku spadł o 40%, żeby na początku 2016 roku się odbić i odrobić połowę strat. Od wielu miesięcy chińskie akcje znajdują się w ładnym trendzie wzrostowym, ale do szczytu z 2015 został im jeszcze kawał drogi. Chińskie akcje wydają się dzisiaj niedowartościowane i to właśnie kusi mnie najbardziej. Wskaźnik Cena/Zysk wynosi zaledwie 6, a CAPE 12.

Wszyscy narzekają na spadek PKB, ale pomimo wolniejszego tempa, wzrost w dalszym ciągu wynosi ponad 5% rocznie! Problemem jest tylko fakt, że nie wiadomo na ile rozwój ten jest sztucznie podtrzymywany przez rząd, który pompuje w gospodarkę ogromne pieniądze pochodzące z kredytów. Czy ten domek z kart się kiedyś zawali? Może tak, może nie.

Polska

Właściwie jedyny kraj w Europie, w którym moim zdaniem warto dzisiaj zainwestować. Co prawda polskie akcje, zwłaszcza te z WIG20, cierpią i krwawią w dużej mierze przez kiepską politykę rządzących, ale mimo tego ogólny krajobraz ekonomiczny wygląda całkiem nieźle.

Do tego, wbrew pozorom, wybory z 2015 roku stworzyły nad Wisłą dobrą okazję inwestycyjną. Przez zamieszanie z ustawą frankową, podatkiem bankowym i ręcznym sterowaniem państwowymi spółkami, indeks WIG20 spadł o 30%. Dzięki temu, dzisiaj akcje największych polskich spółek możemy kupić po bardzo atrakcyjnej cenie.

W perspektywie wielu lat (a przypominam, że o inwestycjach na rynkach wschodzących mówimy wyłącznie w perspektywie długoterminowej) obecna sytuacja wydaje się świetną okazją do zakupów.

Jak to wygląda od strony fundamentalnej? Roczne tempo wzrostu polskiego PKB prognozowane jest na ponad 3%, więc jest dobrze. Niskie stopy procentowe też powinny pomagać. Problemem jest dość wysokie bezrobocie i starzejące się w zastraszającym tempie społeczeństwo. W przyszłości ratunkiem mogło by być otwarcie granic dla imigrantów zarobkowych, ale na to chyba nie jesteśmy i długo nie będziemy gotowi ani politycznie, ani mentalnie. Trzeba więc trzymać kciuki i liczyć, że na zwiększenie liczby urodzin wpłynie przynajmniej program 500+.

W każdym razie, nawet pomimo niesprzyjających warunków politycznych i kiepskiej opinii agencji ratingowych na temat Polski, nasze spółki radzą sobie całkiem nieźle i to jest fakt. Skoro więc firmy potrafią wypracować zysk w trudnych czasach, to wydaje się, że w przyszłości może być już tylko lepiej.

Inne kraje z kategorii rynków rozwijających się / wschodzących, którym warto się przyjrzeć

Moim zdaniem, poza krajami wymienionymi wyżej, na szczególną atencję zasługują dzisiaj, m.in. Rumunia, Czechy, Meksyk, Indonezja, Kenia i może Korea Południowa. Zachęcam jednak, aby samemu poszukać jak aktualnie wygląda sytuacja na świecie i którymi regionami warto się bliżej zainteresować.

Pomocne w tym będą chociażby trzy poniższe strony:

  1. Trading Economics – aktualne i przyszłe prognozowane wskaźniki gospodarcze dla krajów z całego świata: od PKB, przez inflację i bezrobocie, po wysokość podatków i poziom korupcji.
  2. Stock Market Valuation – interaktywna mapa z wyceną i wskaźnikami całych giełd światowych. Łatwo można podejrzeć, który kraj posiada niskie/wysokie wskaźniki CAPE, Cena/Zysk, Cena/Wartość Księgowa itd.
  3. CIA Factbook – absolutnie podstawowe, ale rzetelne i aktualne informacje na temat każdego kraju na świecie: od wydatków na wojsko, przez długość linii kolejowych i autostrad, po dane ekonomiczne i polityczne.

Warto poczytać także raport Pacific Investment Management Company na temat tego, jak dzisiaj wygląda globalna gospodarka i gdzie szukać okazji do zarobku w nadchodzących latach.

 

Rynki wschodzące to aktualnie najlepszy pomysł na inwestycję długoterminową, w której warto zamrozić pieniądze na kolejnych kilka lat
5 Ocen: 32