Skip to content

Nie musisz przewidywać przyszłości, aby zarabiać na giełdzie

Kiedy kilka dni temu Bank Anglii podjął niespodziewaną (słowo klucz) decyzję o utrzymaniu stóp procentowych, wiele osób w ciągu paru sekund zdało sobie sprawę, że znajduje się po złej stronie rynku i straciło mnóstwo pieniędzy. Można było tego uniknąć, gdyby tylko inwestorzy przytemperowali swoje ego i za wszelką cenę nie starali się zawsze mieć racji.

przewidywanie

Jeszcze na kilka godzin przed decyzją banku, prawdopodobieństwo obniżki stóp było prognozowane (znowu słowo klucz) na ponad 80%. Eksperci, ekonomiści, dziennikarze finansowi, inwestorzy, czytelnicy Financial Times i maklerzy z nowojorskiej Wall Street byli pewni, że bank stopy obniży. Proroctwo się rozpowszechniło i ogarnęło cały świat. Wszyscy uwierzyli w jego spełnienie niemal tak mocno jak w to, że po nocy nadejdzie dzień. Na takim pewniaku po prostu nie można było nie zarobić.

A jednak.

Anglia-Inwestorzy — 1:0

14 lipca 2016 Bank Anglii stosunkiem głosów 8:1 (!) pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie, wbrew woli i przewidywaniom prawie całego finansowego świata. W ciągu sekundy giełdy europejskie runęły (w sensie relatywnym), a funt umocnił się o niemal 2%. Wydaje się to skromny ruch i mała strata, dopóki nie przypomnimy sobie, że jesteśmy zlewarowani na poziomie 1:100…

Giełdy co prawda szybko wróciły do poziomu z przed decyzji, uruchamiając jednak wcześniej wszystkie możliwe Stop Lossy i czyszcząc rachunki brokerskie. W powszechnej opinii winny oczywiście był Bank Anglii, który podjął decyzję inną niż chcieli inwestorzy na całym świecie. Ale czy nie jest czasami odwrotnie? Czy winne nie jest tzw. wishful thinking? Czy jedynymi odpowiedzialnymi za swoje straty nie są inwestorzy, którzy bardzo chcieli, żeby to Bank Anglii podjął taką decyzję jaką spekulanci sobie wyprorokowali i w jaką z całym przekonaniem uwierzyli?

Na rynkach finansowych dużo pieniędzy traconych jest przez to, że rzeczywistość nie wygląda tak, jak sobie założyliśmy. Zamiast rosnąć (bo tak prognozowaliśmy), akcje zaczynają spadać; zamiast odbić się od wsparcia, cena je przebija i leci dalej w dół; zamiast trzymać się linii kanału, kurs wychodzi poza niego i tak dalej. Wspólnym mianownikiem wszystkich takich przypadków jest to, że zaczynamy tracić pieniądze, gdy tylko rynek robi coś innego niż założyliśmy.

Bankructwo pewne jak w banku

Do tego dochodzi psychologiczne skrzywienie, które każe nam zawsze mieć rację i trwać przy przynoszącej straty pozycji, bo ta w końcu musi przecież zawrócić. Bankructwo prędzej czy później mamy pewne jak w banku. Inwestorzy nie lubią nie mieć racji, bo to oznacza, że czegoś nie wiedzą. Zazwyczaj sporo czasu zajmuje im przetrawienie i zaakceptowanie faktu, że rynek jednak robi zupełnie coś innego niż zakładali.

Zamiast szybko ucinać straty w przypadku pomyłki, najpierw następuje faza zaprzeczenia (nie, to tylko szum), potem gniewu (cholera, znowu jestem po złej stronie), targowania się (no dobra, jak tylko trochę zawróci to sprzedam), depresji (trudno, najwyżej stracę wszystko) i w końcu akceptacji (OK, ratuję tyle ile się da). W efekcie wychodzimy ze stratnej pozycji w samym jej dołku, po stracie 70% kapitału.

Najprostszym rozwiązaniem tego problemu było by po prostu wypracowanie mechanizmu samokontroli i samoświadomości na tyle, aby wymusić na sobie zamknięcie pozycji już w momencie, w którym pojawia się faza zaprzeczenia. To naprawdę oszczędza późniejsze nerwy, a także pieniądze. Zwłaszcza, że zwolniony kapitał zamiast tkwić w stratnej pozycji, może być w tym czasie przeznaczony na inną, bardziej obiecującą inwestycję.

To niestety nie jest proste i nie da się tego nauczyć inaczej niż przez własne doświadczenie. Nie pomoże tu nawet przeczytanie i stu książek o inwestowaniu, ani papierowe czy wirtualne straty na rachunku demo. Dojście do tego etapu wymaga utopienia realnych pieniędzy i prawdziwego bólu. To jest cena, którą trzeba zapłacić za pragnienie przewidywania przyszłości, która często wygląda zupełnie inaczej niż byśmy sobie życzyli.

Ale jest na to sposób. I to banalnie prosty. Jaki? Zamiast przewidywać punkty zwrotne oraz przyszłe losy giełdy i jej kierunek, najpierw poczekajmy co zrobi rynek i dopiero później sami dołączmy do tego ruchu.

Jak ograć bank centralny?

Zamiast wierzyć/nie wierzyć, że Bank Anglii podniesie/nie podniesie stopy procentowe, że cena dotknie oporu i zawróci, że kurs odbije się od dolnej linii kanału wzrostowego, że korekta zakończy się na poziomie 61,8% i tak dalej; po prostu stańmy obok i ustawmy dwa przeciwstawne zlecenia oczekujące, najlepiej w sporej odległości od zakresu ostatnich wahań cenowych, aby przypadkowy ruch nie uruchomił jednego, a potem drugiego. Do takich zleceń warto od razu dodać Trailing Stop, bo ruchy po publikacji danych potrafią nieźle szaleć.

Takie przeciwstawne zlecenia sprawdzają się przede wszystkim, kiedy są ustawiane dosłownie na minuty przed publikacją ważnych danych lub przed innym (spodziewanym) przełomowym momentem, który może namieszać na rynku, tylko nie wiadomo w którą stronę. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie musimy niczego przewidywać, ani zakładać i prognozować jak zachowa się rynek. Spokojnie możemy wtedy stanąć obok i poczekać co się wydarzy. Jeśli dane będą korzystne, to w ciągu sekundy kurs wystrzeli do góry uruchamiając po drodze nasze oczekujące zlecenie kupna (Long); jeśli dane będą negatywne, to kurs runie uruchamiając zlecenie sprzedaży (Short). Bliski Trailing Stop posłuży jako ochrona przed sytuacją, w której w pewnym momencie cena zawraca i aktywuje drugie ze zleceń.

W tej sytuacji mamy bardzo duże szanse na to, że szybko znajdziemy się po właściwej stronie rynku, a co za tym idzie, że zarobimy pieniądze bez względu na to, jakie będą dane i jak zachowa się kurs instrumentu.

Keep calm and make money

Drugim atutem takiego podejścia jest komfort psychiczny. Niczego nie prognozowałem, niczego nie zakładałem, więc rynek nie musi mi niczego udowadniać. Proste przyznanie do tego, że zwyczajnie nie mamy pojęcia jak zachowa się rynek, niweluje potrzebę dowodzenia sobie i wszystkim wokół, że miało się rację. Dzięki takiemu podejściu można poddać się fali i płynąć razem z nią, gdziekolwiek by to nie było, zamiast próbować walczyć i modlić się o to, aby prąd skierował nas akurat w miejsce, które sobie wcześniej upatrzyliśmy.

Początkujący traderzy za wszelką cenę starają się mieć rację i przewidzieć kierunek, a co gorsze — moment rozpoczęcia jakiegoś ruchu. Bardziej wytrawni spekulanci starają się natomiast przede wszystkim zarobić pieniądze i zamiast przewidywać wszystkie punkty zwrotne, po prostu przygotowują się na dwie różne możliwości, w których bez względu na to, co się wydarzy, tak czy inaczej pozwoli im to zarobić parę groszy.

Uwaga! Metoda ta sprawdza się wyłącznie przed publikacją kluczowych danych (decyzje banków centralnych odnośnie stóp, zapasy ropy itd.), po których spodziewamy się dużych ruchów. Na dynamicznych instrumentach (np. parach walutowych), na których zmienność szaleje każdego dnia bez specjalnego powodu, ustawienie przeciwstawnych zleceń oczekujących jest bardzo ryzykowne. Znacznie lepiej opcja ta sprawdza się, np. na indeksach.

Nie musisz przewidywać przyszłości, aby zarabiać na giełdzie
5 Ocen: 8