Skip to content

Siedem grzechów głównych, które często bagatelizujemy na giełdzie

Siedem grzechów na giełdzieUmiejętność uczenia się na własnych błędach jest cechą bardziej niż oczekiwaną, ale to dopiero zdolność uczenia się na błędach cudzych jest tym, co stanowi prawdziwą różnicę. Dlatego sporządziłem listę siedmiu najczęściej popełnianych giełdowych wykroczeń, jakie udało mi się zaobserwować na przestrzeni lat u inwestorów, z którymi miałem okazję blisko współpracować.

Przygotowując to zestawienie przy okazji uświadomiłem sobie, że od czasu do czasu sam także popełniam niektóre z nich. No cóż, inwestowanie może i jest proste, ale nikt nie powiedział, że jest łatwe.


Grzech pierwszy: Nierówność

Nierówność w rozkładaniu czasu na analizę momentu wejścia i momentu wyjścia z inwestycji. Zdecydowana większość inwestorów najwięcej czasu poświęca na odnalezienie, zbadanie i wybranie dobrej spółki do portfela.

Problem w tym, że to nie transakcja zakupu decyduje o tym, czy zaksięgujemy zysk czy stratę. To moment wyjścia jest kluczowy. Ustalenie odpowiedniego czasu na zamknięcie pozycji decyduje o tym, czy zrobimy to wtedy, kiedy akcje są na minusie czy na plusie oraz jak duża będzie liczba stojąca za tym znakiem.

Dla wielu osób priorytetem jest opracowanie właściwych kryteriów wejścia w inwestycję. Mało kto poświęca jednak choćby połowę tego wysiłku i uwagi kryteriom wyjścia. A przecież to równie dobrze mogą być dokładnie te same wskaźniki, tylko z odwróconym znakiem większości i mniejszości.

Jeśli naszym kryterium wejścia w inwestycję są, powiedzmy:

  • Prognozowane dochody większe niż dochody obecne
  • P/E czy P/S mniejsze niż kilkuletnia średnia
  • Dodatni tzw. upside, większy niż 10%,

to automatycznie powyższe warunki wejścia mogą stać się także naszymi kryteriami wyjścia. Gdy tylko spółka przestanie spełniać założenia potrzebne do tego, aby znaleźć się w naszym portfelu, to… powinna z niego zniknąć.

Najprostszym sposobem, aby określić czy firma w dalszym ciągu powinna znajdować się na rachunku, jest odpowiedź na pytanie: czy gdybym dzisiaj nie posiadał tych akcji, to czy w tym momencie chciałbym kupić je po ich obecnej cenie?


Grzech drugi: Zawziętość

Zawziętość w próbie odrobienia strat przy pomocy tych samych aktywów, które te straty wygenerowały. To trochę tak, jakby cały czas oczekiwać odmiennych rezultatów od w kółko tych samych popełnianych błędów.

Przede wszystkim trzeba sobie brutalnie uświadomić, że jeśli kupiliśmy akcje po 100 USD i ich kurs spadł o 50% do poziomu 50 USD, to teraz kurs ten musi wzrosnąć aż o 100%, żeby inwestycja wróciła w ogóle do punktu wyjścia.

I tu pojawia się pytanie, czy w obecnej sytuacji dane aktywa na pewno mają aż taki potencjał do wzrostu?

Skoro spółka spadła o 50%, to prawdopodobnie dość istotnie popsuły się jej fundamenty. Może spadły przychody? Wzrosły koszty? Firma mocno się zadłużyła? Na rynek weszła konkurencja z lepszym produktem? Nałożone zostały taryfy? Pojawiły się inne problemy?

Odruchowa chęć do odrobienia strat na tej konkretnej inwestycji jest naturalna, ale z ekonomicznego punktu widzenia nie powinno mieć żadnego znaczenia przy pomocy jakich akcji odrobimy te straty.

Mechanizm kotwiczenia jest złudny, ale niestety powszechny. Kupując akcje po 100 USD, ta właśnie kwotowa kotwica zostaje nam w głowie jako punkt odniesienia, który nie pozwala pozbyć się akcji po 50 USD. Jeśli kiedyś wydaliśmy na dane papiery 100 USD, to w naszej głowie tyle są one dla nas warte.

Tymczasem kwota zakupu nie powinna mieć tu absolutnie nic do rzeczy. Mleko zostało rozlane, a koszty utopione. Sytuacja uległa resetowi i dzisiaj znajdujemy się w zupełnie nowej rzeczywistości, dlatego całą analizę spółki powinniśmy przeprowadzić jeszcze raz i odpowiedzieć sobie na pytanie czy to w dalszym ciągu jest taka dobra inwestycja?

A może są lepsze okazje na rynku? Może warto uwolnić kapitał zamrożony w spółce bez przyszłości i realokować go tam, gdzie będzie pracował w lepszych aktywach, o większym potencjale?

Niech każdy zerknie na swoje portfolio i z ręką na sercu powie, że nie kisi w nim kiepskich spółek kupionych dawno temu po o wiele wyższej cenie, czekając teraz na powrót kursu przynajmniej do punktu wyjścia.


Grzech trzeci: Zaślepienie

Zaślepienie w ocenie tego, co posiadamy w portfelu. Fachowo problem ten należy do kategorii tzw. błędów poznawczych i nazywany jest efektem posiadania. Błąd polega na tym, że sam fakt posiadania czegoś zaślepia nam rzetelną ocenę realnej wartości tego przedmiotu. Do spółki, której akcje już w portfelu posiadamy, przywiązujemy o wiele większą wagę, niż gdybyśmy tych akcji nie posiadali.

Sprawia to, że inwestor o wiele zacieklej będzie bronił „swojej” firmy i swojej decyzji o wyborze jej akcji do portfela, jednocześnie o wiele chętniej wybaczając jej spustoszenie w portfolio, które ta spółka przyniosła.

Do tego dochodzi często jeszcze inna przypadłość ludzka, czyli niechęć do strat i do przyznania się do popełnienia błędu. Przecież zaksięgowanie straty i pozbycie się akcji z portfela to przyznanie się do porażki. Natomiast kisząc te akcje latami pozycja, która miała zostać kupiona spekulacyjnie na kilka miesięcy wyłącznie pod odbicie, staje się w pewnym momencie inwestycją długoterminową, a potem bardzo długoterminową, by po kilku latach zostać inwestycją na emeryturę. Takie przetrzymywanie walorów w nadziei, że kiedyś przecież odbiją jest o wiele łatwiejsze niż zaksięgowanie straty i przyznanie się do błędu, prawda?

Tymczasem sam fakt posiadania danych akcji nie powinien mieć absolutnie nic do rzeczy przy ocenie spółki. Każdą firmę należy okresowo analizować dokładnie tak samo, bez względu czy jej akcje znajdują się w naszym portfelu czy też nie, a także bez względu na to, ile dzisiaj wynosi jej kurs akcji na giełdzie.

Jeśli kupiliśmy spółkę po 100 USD przy zyskach na jedną akcję 10 USD, a po roku akcje spadły do 50 USD, lecz zyski na akcje spadły do 2 USD, to nasza spółka obecnie nie jest dwa razy tańsza niż była, tylko w rzeczywistości jest dwa razy droższa niż była wcześniej, bo na każdego dolara wydanego na zakup akcji, przypada teraz mniejszy zysk na akcjonariusza!

Cena akcji na giełdzie to rzecz wtórna, która nie powinna mieć zupełnie żadnego znaczenia, jeśli odrywana jest od kontekstu, czyli od tego, co dostajemy w zamian.


Grzech czwarty: Wybiórczość

Wybiórczość w ocenie informacji. Inwestorzy mają skłonność do przypisywania większej wagi tym informacjom, które potwierdzają ich tezę inwestycyjną. Większość osób odruchowo przykłada mniejszą wagę wiadomościom negatywnym, które dotyczą spółek znajdujących się w ich portfelach.

Ta indukowana ślepota popycha nas w kierunku poszukiwania informacji, które potwierdzają i usprawiedliwiają nasze decyzję, przy jednoczesnym puszczaniu mimo uszu wszystkich wiadomości nieprzychylnych danej spółce czy danej tezie.

Często niestety to błędne przekonanie, które próbujemy udowodnić, bazuje w dodatku na błędnych założeniach i na błędnej teorii, która przysłania potem to, jak naprawdę wygląda świat. Ignorowane są przecież wszystkie informacje, które nie pasują do naszej tezy, to skąd mielibyśmy wiedzieć, że jest ona błędna?

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy pojawia się jakiś autorytet, który potwierdza nasz punkt widzenia. Autorytetem może być ktokolwiek, nawet niekoniecznie związany z daną dziedziną. To może być anonimowy bloger, bez jakichkolwiek weryfikowalnych kwalifikacji lub znany aktor, który publicznie powie, że warto dzisiaj inwestować w chińskie elektrownie atomowe.

Co ma celebryta do elektrowni atomowych? Nic, ale opinia silnego autorytetu i tak zrobi swoje wywołując efekt domina i uruchamiając tzw. owczy pęd. Ludzie na giełdzie często wierzą w coś tylko dlatego, że wierzy w to wiele osób. Wszyscy inwestują w uran, to może i ja zainwestuję? A nuż coś tu jest na rzeczy.

Problem ponownie potęgowany jest w momencie, gdy rynek zaczyna pokazywać, iż faktycznie inwestor mógł mieć rację. Przykładowo, kupując do portfela akcje spółki XYZ w momencie, gdy kurs akcji zaczyna rosnąć, zupełnie pozbawiane wagi są potem jakiekolwiek informacje polemizujące z uzasadnieniem wzrostów, a osoby sceptyczne traktowane są jako te, które zwyczajnie nie mają racji, bo kurs przecież rośnie.

Tylko że, jak już ustaliliśmy w poprzednim punkcie, zachowanie się kursu akcji na giełdzie zupełnie nie ma nic wspólnego z oceną poprawności danej decyzji inwestycyjnej.


Grzech piąty: Niepamięć

Niepamięć odnośnie pierwotnych argumentów, które zaważyły na podjęciu decyzji inwestycyjnej. Jest to tzw. efekt oceny wyniku po fakcie. Mówiąc inaczej: „Ja wiedziałem, że tak będzie”.

Inwestorzy mają tendencję do oceny wydarzeń, które już nastąpiły, jako bardziej przewidywalnych niż faktycznie one były w przeszłości.

Główne przesłanie tego grzechu jest takie, że księgując stratę po jakimś czasie od momentu otwarcia transakcji, nie należy oceniać poprawności decyzji przez pryzmat tego, co wiadomo dzisiaj, tylko należy ocenić decyzję przez pryzmat tego, co było wiadomo w momencie jej podejmowania.

Z perspektywy czasu, znając rezultat i znając bieg wydarzeń, bardzo łatwo jest osądzić czy dana decyzja była słuszna czy nie. Jednak jest to zupełnie bezcelowe, ponieważ w momencie podejmowania swoich postanowień w przeszłości nie mieliśmy tego komfortu bazowania na pełnych danych, które poznane zostały dopiero po fakcie.

Bardzo dużym błędem jest wypowiadanie osądów dotyczących przeszłych decyzji na podstawie nowych danych i nowych faktów, które wyszły na jaw już w trakcie trwania naszych inwestycji. Każde podjęte w przeszłości ustalenie należy analizować na podstawie informacji, które były dostępne w dniu zawierania transakcji.

Problem w tym, że ludzki mózg ma tendencję do wybiórczego zapamiętywania zdarzeń i po roku czy po dwóch ciężko jest rzetelnie ocenić na jakiej faktycznie podstawie podjęta została decyzja inwestycyjna.

Szalenie pomaga w tym prowadzenie dziennika, w którym na bieżąco zapisywane są wszystkie powody, argumenty i kontrargumenty towarzyszące zawieraniu danej transakcji. Mając taki zbiór danych w momencie zamykania pozycji, wiedząc już co wydarzyło się w międzyczasie, możemy poprawnie przeanalizować dawną decyzję i ocenić, czy była ona słuszna czy też nie.

Należy jedynie uważać, aby nie oceniać poprawności decyzji przez pryzmat wyniku. To, że transakcja przyniosła zysk, wcale jeszcze nie znaczy, że decyzja o jej zawarciu była poprawna. Podobnie jak nie zawsze transakcja skutkująca stratą będzie efektem błędnego postanowienia.

Jeśli w danej transakcji o prawdopodobieństwie sukcesu 80% stosunek zysku do ryzyka wynosi jeden do jednego, to znaczy że można zarobić 100 USD lub stracić 100 USD, to wejście w taki zakład będzie jak najbardziej poprawną decyzją, a mimo tego dwadzieścia razy na sto przyniesie nam stratę.


Grzech szósty: Przypadkowość

Przypadkowość osądów i przypisywanie czysto losowym zdarzeniom głębszej zależności, przyczynowości czy skutkowości lub wiara w nieistniejące prawo małych liczb.

Taksówkarze, którzy nie zapinają pasów, potrafią sypać jak z rękawa przykładami wypadków, w których człowiek przeżył tylko dlatego, że nie miał zapiętych pasów, bo w efekcie wyleciał przez szybę i uniknął zmiażdżenia czy spalenia się żywcem. Tak, to prawda. Tego typu sytuacje faktycznie się zdarzają. Jednak na każdy jeden taki przypadek istnieje tysiąc innych, w których niezapięte pasy spowodowały śmierć.

Błędem nie jest więc nieprawdziwość jakiegoś twierdzenia, tylko formułowanie na jego podstawie ogólnych tez, bez uwzględnienia odpowiednio dużej liczby przypadków, a co za tym idzie – przy całkowitym ignorowaniu prawdopodobieństwa wystąpienia danego scenariusza.

Kluczem do poprawności jest formułowanie opinii czy podejmowanie decyzji bazujących na dużej próbie. Wiele dobrych strategii zostało porzuconych tylko przez to, że na samym początku ich stosowania wystąpiło kilka strat pod rząd. Tymczasem mógł to być zwykły przypadek.

Inwestorzy ochoczo przeprowadzają dziesiątki backtestów sięgających czterdziestu lat wstecz, a potem rezygnują z danej strategii już po kilku miesiącach od jej wprowadzenia w życie, bo miesiące te odstawały od spodziewanych wyników.

A przecież prawdopodobieństwo nie ma równego rozkładu. W rzucie monetą prawdopodobieństwo tego, że wypadnie orzeł wynosi 50%. Trudno jednak oczekiwać idealnie równego rozkładu, w którym orzeł będzie wypadał w co drugim rzucie. Przy małej próbie, na przykład sześciu rzutów, prawdopodobieństwo, że orzeł wypadnie trzy razy, czyli idealnie przez 50% czasu, jest dość nikłe.

Nie można oceniać skuteczności danego podejścia czy danej strategii nie pozwalając na zaistnienie wielu zdarzeń, które dostarczą dostatecznie dużego zbioru danych. Podobnie jak nie można wyciągać jakichkolwiek ogólnych wniosków po kilku jednorazowych zajściach.


Grzech siódmy: Naiwność

Naiwność w oczekiwaniu samych pozytywnych rezultatów. Tendencja do myślenia wyłącznie o rzeczach przyjemnych nosi w psychologii nazwę efektu Pollyanny. Inwestorzy bardzo chętnie wizualizują sobie potencjalne zyski z inwestycji, przed snem planując co zrobią z nadchodzącą wygraną, ale ignorują jednocześnie jakiekolwiek prawdopodobieństwo wystąpienia strat.

Pozytywne myślenie i wizualizacja pomyślnych wydarzeń jest bardzo użyteczna i wskazana w codziennym życiu, ale nie na giełdzie. W pozagiełdowym świecie to nasze nastawienie i nasze podejście często determinuje rezultaty, ponieważ naszym afirmatywnym postępowaniem możemy realnie wpływać na wypadkową zdarzeń. To niezaprzeczalny fakt.

Na giełdzie jednak jest inaczej, bo na to, czy kurs danych akcji wzrośnie czy spadnie, nie mamy już najmniejszego wpływu, choćby nie wiadomo jak potężne pokłady myślenia życzeniowego uruchomić.

W stoczni żaden statek nie jest konstruowany z myślą o 90% czasu, w którym morze jest spokojne, tylko buduje się go tak, żeby przetrwał 10% czasu, kiedy na morzu trwa sztorm. Podobnie powinno być zbudowane nasze portfolio. Tylko jak to zrobić w praktyce?

Ano trzeba się na ten sztorm zawczasu przygotować. Przed otworzeniem jakiejkolwiek pozycji warto więc rozpisać sobie możliwe scenariusze i reakcje na nie. Ustalić co zrobię, jeśli kurs wzrośnie o 20% i co zrobię, jeśli spadnie o 40%? Kupię butelkę wina, upiję się i następnego dnia na spokojnie przeanalizuję spółkę jeszcze raz? A może od razu dokupię więcej akcji, żeby uśrednić? Albo natychmiast ucieknę i ograniczę dalsze straty?

Chodzi o to, aby z góry mieć przygotowany plan ratunkowy, który stanowił będzie procedurę postępowania na ciężkie czasy. Kiedy na rynku zrobi się gorąco i zacznie się panika, nie będzie już okazji, żeby na chłodno zastanawiać się nad procedurą działania. Kiedy w pewnym momencie 40% straty nie jest już tylko najgorszym potencjalnym scenariuszem, ale staje się faktem, to do gry wchodzą emocje, które utrudnią podjęcie najlepszej możliwej decyzji.

Jednak planując sobie z wyprzedzeniem odpowiednie procedury postępowania, emocje póki co pozostają uśpione, co pozwala projektować wytyczne wyłącznie na bazie wiedzy, logiki i zimnej kalkulacji.

Procedury przygotowane w czasie pokoju istnieją wszędzie tam, gdzie wymagane jest podejmowanie szybkich decyzji w sytuacji dużego stresu i w sytuacji bazowania na niepełnych danych: od armii, przez lotnictwo cywilne, po chirurgię.

Na giełdzie stawką nie jest co prawda ludzkie życie, ale poziom stresu, który występuje w sytuacji paniki i pojawiających się strat, potrafi być równie dotkliwy. Będąc z góry przygotowanym na każdą sytuację, po prostu podnosimy swoje szanse na podjęcie najlepszej możliwej decyzji, kiedy już zrobi się gorąco.