Skip to content

Nie warto wierzyć analitykom giełdowym i prognozowanym przez nich wynikom spółek

Prognozy analityków i wyniki spółek giełdowychAnalitycy giełdowi pracujący dla banków inwestycyjnych lub dla domów maklerskich cały czas są byczo nastawieni do spółek, które analizują. To zresztą nic dziwnego, ich pracodawcy utrzymują się przecież z prowizji transakcyjnych, a im więcej transakcji, tym więcej prowizji. Na szczęście, prognozy analityków giełdowych potrafią nie sprawdzać się w bardzo przewidywalny sposób. To uspokaja – pisze The Economist.

Po Wall Street krąży taki żart

Analitycy giełdowi uparcie wystawiali Enronowi rekomendacje w rodzaju „będziesz idiotą, jeśli przegapisz tę okazję” dopóki firma nie popadła w poważne tarapaty. Kiedy zaczęły się kłopoty, oceny zaczęły być obniżane do „absolutny pewniak”. Te rekomendacje także nie trwały długo, bo Enron wkrótce złożył wniosek o upadłość. Dopiero wtedy kilku co bardziej śmiałych analityków odważyło się obniżyć firmie ocenę do „bardzo mocne kupuj”.

Fakty udowadniają jednak, że w tej anegdocie jest sporo prawdy. Ostatnie dane z firmy FactSet (dostawca informacji finansowych) pokazują, że 49% firm z indeksu S&P 500 posiada obecnie rekomendację „kupuj”, 45% rekomendację „trzymaj”, a tylko 6% rekomendację „sprzedaj”. Tymczasem co trzecia firma z S&P 500 w zeszłym roku wykazała ujemne zyski i ich rekomendacja powinna być bardzo daleka od „kupuj” lub „trzymaj”.

Prognozy zysków spółek, przygotowywane przez analityków giełdowych na kilka miesięcy do przodu, także mają dość nędzny poziom trafności. Według badań banku inwestycyjnego Morgan Stanley, całkowite roczne prognozy wyników spółek, które publikowane były przez analityków w pierwszej połowie danego roku, musiały być później korygowane w dół za każdym razem w przypadku 34 na 40 ostatnich lat. Jeśli bliżej się temu przyjrzeć, to dostrzec można pewien schemat.


Trzy grzechy analityków giełdowych

W teorii, każdy sumienny analityk powinien przeprowadzić własną analizę prognozowanych przyszłych przychodów firmy oraz przyszłych wydatków. W praktyce takie modele są jednak bardzo wrażliwe na odmienne dane wejściowe odnośnie zakładanych wskaźników wzrostu. Biorąc pod uwagę, że nikt nie potrafi przewidzieć przyszłości, analitycy często oszukują.

Trzy grzechy są na porządku dziennym. Analityk może na przykład porównywać konkurencyjne firmy, aby wyciągać wnioski z ich prognoz finansowych, a potem dostosowywać te dane do swojej firmy. Może także zwyczajnie sprawdzić co o jego spółce piszą inni analitycy i skopiować ich wyliczenia oraz wnioski. Trzecim, największym chyba grzechem, jest po prostu zadzwonić do firmy, którą się analizuje i zapytać jakie są jej prognozy wyników.

Ankieta przeprowadzona przez Lawrenca Browna z Temple University w Filadelfii ujawniła, że dwie trzecie analityków giełdowych uważa takie prywatne rozmowy z zarządami firm, które analizują, za „bardzo użyteczne” przy przeprowadzaniu swoich prognoz. W związku z tym można wyciągnąć wniosek, że potrzeba analityków do tego, aby utrzymywać dobre stosunki z zarządami spółek, może wpływać na lekkie przekłamywanie publikowanych przez nich analiz.

Poza tym, analitycy są rozliczani raczej ze swoich krótkoterminowych prognoz, więc nie ryzykują zbyt dużo publikując nierealistyczne długoterminowe oczekiwania. Z drugiej strony, w krótkim terminie może istnieć nawet pokusa, aby lekko niedoszacowywać prognozy wyników, tak aby firmy mogły potem „pobić oczekiwania analityków”.

Żeby nie być gołosłownym, od czasu kryzysu finansowego już około 70% firm „pobiło krótkoterminowe oczekiwania analityków” odnośnie swoich zysków.


The Economist i internauci znaleźli lepszy sposób

Czy więc rekomendacje analityków są kompletnie bezużyteczne? No cóż. Okazuje się, że w dłuższej perspektywie dużo bardziej precyzyjne prognozy przyniesie, jeśli zwyczajnie weźmiemy przychody firmy z poprzedniego roku i pomnożymy je przez 1,07 (uśredniony długoterminowy rynkowy wzrost). To wszystko.

Błędy popełniane przez analityków mogą więc okazać się pomocne, jeśli tylko zostaną poprawnie zinterpretowane. The Economist zebrał dane dotyczące prognoz dla firm z S&P 500 z lat 1985-2015 i porównał je do swojego modelu (zwykłe mnożenie poprzednich danych przez 1,07). Co się okazało? Dla prognoz dłuższych niż kwartał ten banalny model zastosowany przez gazetę dał wyniki dużo bardziej zbliżone do późniejszych rzeczywistych wyników firm.

Co więcej, w serwisach społecznościowych typu Estimize, które agregują własne prognozy wyników umieszczane tam przez internautów, także znaleźć można bardzo ciekawe dane. Okazuje się, że średnia prognoz „zwykłych” inwestorów bije analizy bankierów z Wall Street w 2/3 przypadków.

Osądzanie analityków z Wall Street wyłącznie na podstawie sprawdzalności precyzyjnych prognoz wyników jest jednak nieco nie na miejscu. Harrison Hong, ekonomista z Columbia University, sugeruje, żeby przewidywania analityków traktować bardziej jak doniesienia medialne, a nie jako twarde, konkretne dane.

Ostatnie prognozy zebrane przez Thomson Reuters wykazują, że zysk S&P 500 przypadający na jedną akcję wyniesie 130 USD w 2017 i 146 USD w 2018 roku. Zgodnie z modelem zastosowanym przez The Economist, będzie to raczej 127 i 134 USD.

Nie znaczy to, że analitycy nie chcą powiedzieć nam prawdy. Oni chcą, tylko bardzo to utrudniają.


Teks jest tłumaczeniem artykułu, który ukazał się w tygodniku The Economist, 3-9 grudnia 2016 r.