W poszukiwaniu kuponu. Cel: wybrać dobre obligacje korporacyjne

Epidemia Covid-19 i blokada całego świata popchnęły wiele spółek w kierunku niewypłacalności. Zamknięte miasta to brak sprzedaży, która oznacza brak przychodów, co z kolei odpowiada za brak gotówki, a to w efekcie uniemożliwia spłatę zobowiązań. Błyskawicznie w ostatnich miesiącach zanurkowały więc ceny obligacji korporacyjnych. To jednak, co dla spółek jest złą wiadomością, dla inwestorów oznacza, że… jest w czym wybierać.

Pomimo tego, że bankructwa są sporym medialnym wydarzeniem, to w rzeczywistości dotyczą one marginalnej liczby przypadków. Niektóre spółki posiadają dość stabilną sytuację finansową, żeby przetrwać, a inne są po prostu zbyt duże, żeby upaść.

Trudno wyobrazić sobie bowiem, żeby po ostatniej obniżce stóp procentowych i po wprowadzonej już w czyn deklaracji ze strony amerykańskiej Rezerwy Federalnej o rozpoczęciu skupu obligacji korporacyjnych bez żadnego limitu, papiery takich spółek jak Delta Airlines czy Ford Motors mogły spaść do zera.

Amerykański rząd ze swoim pakietem pomocowym i amerykański bank centralny skupujący ETF-y z obligacjami wysłały jasny sygnał mówiący o tym, że jest ktoś, kto ma nieograniczone środki finansowe i ktoś, kto niemalże zagwarantuje utrzymanie popytu na obligacje korporacyjne.

Z pewnością będą oczywiście spółki, które zbankrutują i nie spłacą swoich zobowiązań. Nie każdy jest na tyle duży i na tyle istotny dla gospodarki, żeby rząd przejmował się jego losem lub żeby jego papiery wchodziły w skład ETF-ów skupowanych przez FED. Ostatnio wnioski o upadłość złożyły na przykład Hertz, J.C Penney czy Diamond Offshore Drilling. To jednak przykłady naprawdę fatalnych spółek, które i bez wybuchu epidemii były na skraju limitu zadłużenia, a wskaźniki ostrzegające przed niewypłacalnością świeciły na czerwono od wielu kwartałów.

Mówiąc o obligacjach korporacyjnych nie mówimy więc o obligacjach spółek przypadkowych czy najgorszych z najgorszych, które od dawna stoją na skraju bankructwa, tylko mówimy o obligacjach spółek o przyzwoitej sytuacji fundamentalnej i o adekwatnej stabilności finansowej, która sugeruje, że kupon od obligacji będzie jednak z czego wypłacać.


Obligacje korporacyjne w pigułce

Są dwa różne powody, dla których inwestorzy decydują się kupić obligacje korporacyjne. Te powody to kupon i dyskonto. Szalenie istotnym jest, żeby zadać sobie pytanie po co (i czy w ogóle) potrzebne są mi obligacje korporacyjne, bo nie znając celu, jaki te instrumenty mają spełniać w portfelu, bardzo trudno będzie wybrać odpowiednie spółki i odpowiednie serie papierów dłużnych.

W przypadku kuponu sprawa jest pozornie prosta – priorytetem jest wybór takich obligacji, które każdego kwartału czy każdego roku wypłacają jak największy kupon odsetkowy. Każde obligacje bowiem niezależnie od tego, po jakiej cenie je nabywamy, wypłacają regularnie jakieś odsetki aż do terminu wykupu obligacji przez emitenta. W przypadku amerykańskich obligacji korporacyjnych ten kupon jest zazwyczaj stały przez cały okres życia obligacji i nie zmienia się wraz ze wzrostem czy spadkiem stóp procentowych.

Jeśli w takim razie inwestorowi zależy przede wszystkim na tym, żeby odsetki wypłacane przez obligacje były jak najwyższe, to powinien szukać obligacji o jak najdłuższych terminach wygasania, żeby przez jak najdłuższy czas mieć zagwarantowaną wypłatę z góry znanej kwoty w formie kuponu.

W takim wypadku drugorzędne znaczenie dla inwestora będzie miała cena transakcyjna, czyli koszt po jakim dane obligacje można kupić na rynku wtórnym. Obligacjami korporacyjnymi można bowiem obracać na giełdzie w dowolny sposób, to znaczy można je nabywać od innych inwestorów i zbywać je w dowolnie wybranym momencie, jeszcze na długo przed terminem wygasania.

Na nieco inne parametry będzie jednak patrzyła osoba, której zależy wyłącznie na tym, aby pospekulować na cenie obligacji, która nieustannie zmienia się na rynku wtórnym. Dla takiej osoby wysokość kuponu i długi termin wykupu obligacji będą miały znaczenie drugorzędne. Celem spekulanta nie jest tutaj zarabianie na odsetkach, ale na samej zmianie ceny obligacji jeszcze w trakcie jej życia. Im szybciej to nastąpi, tym lepiej.

W takim przypadku nabywający papiery przede wszystkim patrzył będzie więc na dyskonto, czyli na różnicę pomiędzy aktualną ceną transakcyjną obligacji, a jej ceną nominalną. Cena nominalna to taka cena, po jakiej w terminie wygaśnięcia obligacja zostanie wykupiona przez jej emitenta. Im większe to dyskonto, tym większego wzrostu ceny obligacji na rynku wtórnym można się spodziewać jeszcze przed terminem wykupu.

Dyskonto powstaje w wyniku działania sił popytu i podaży. Teoretycznie, jeśli cena nominalna obligacji (tzw. face value) wynosi 1000 USD, to po takiej też cenie obligacje powinny być handlowane na rynku wtórnym, bo to jest cena, po której emitent dane obligacje odkupi. Tyle teorii.

W praktyce jednak, gdy pojawia się cień zagrożenia, że emitent może nie mieć pieniędzy na wykup obligacji, to co bardziej bojaźliwi posiadacze wolą już dzisiaj sprzedać takie obligacje spekulantom po cenie, np. 900 USD, czyli z dziesięcioprocentowym dyskontem, niż czekać kolejnych dziesięć lat do terminu wykupu ryzykując, że do tego czasu spółka zbankrutuje i obligacji nie wykupi w ogóle.

Dla odmiany równie często (jeśli nie częściej), wówczas gdy spółki znajdują się w ekstremalnie dobrej pozycji finansowej i przy okazji wypłacają wysokie odsetki, ich obligacje na rynku wtórnym osiągają ceny transakcyjne przekraczające wartość nominalną. Mówimy wtedy, że obligacje handlowane są z premią w stosunku do ich wartości.

Dlaczego ktoś mógłby chcieć zapłacić dzisiaj za obligację 1100 USD wiedząc, że za dziesięć lat emitent odkupi ją od niego po 1000 USD? Dla kuponu oczywiście. Zakładając, że spółka wypłaca 5% kuponu (zawsze liczonego od wartości nominalnej), to po dziesięciu latach z samych odsetek inwestorowi uzbiera się 500 USD (50 USD x 10 lat).

Pomimo więc faktu, że dzisiaj inwestor przepłaca za obligacje, na koniec swojej przygody i tak wyjdzie on na plus. Na jak duży plus? Kupując obligacje za 1100 USD straci na tym 100 USD, ponieważ emitent odkupi je za ich wartość nominalną, czyli za 1000 USD. Tak więc zaczynamy od stu dolarów straty. Jednak przez dziesięć lat inwestor otrzyma 500 USD odsetek, czyli netto jego zysk po dziesięciu latach wyniesie 400 USD, co daje rentowność obligacji na poziomie 4% rocznie.

Całkiem nieźle, pod warunkiem, że mówimy o obligacjach solidnej firmy, gdzie ryzyko bankructwa jest skrajnie niskie. W przypadku, gdybyśmy mówili o mocno ryzykownej firmie, to zdecydowanie lepiej opłacało by się zamiast obligacji, nabyć akcje tej spółki. Ryzykowana kwota wynosi w obu przypadkach teoretycznie 100%, ale możliwości zysku w przypadku akcji są zdecydowanie większe niż 4% rocznie.

W rzeczywistym świecie istnieje jednak symetria pomiędzy poziomem ryzyka i możliwym do wypracowania zyskiem, co w praktyce oznacza, że rentowności na poziomie 4% występują raczej przy bezpiecznych i stabilnych spółkach. Obligacje korporacyjne firm bardziej ryzykownych dają zarobić zdecydowanie więcej.

Sytuacja, w której ktoś może chcieć nabyć obligacje z premią dotyczy więc wyłącznie inwestorów długoterminowych, robiącyc to dla kuponu odsetkowego i dla stałych przepływów na rachunek brokerski, które z góry są oni w stanie dokładnie wyliczyć i oszacować ich wysokość. Dzięki temu można na przykład zaplanować wydatki na życie i mieć pewność, że danego miesiąca określona kwota na pewno wpłynie na rachunek brokerski, dzięki czemu będzie z czego zapłacić rachunek za prąd. W przypadku akcji takiej pewności nie ma nigdy.

Warunek jest tu jednak taki, że perspektywa trzymania obligacji na swoim koncie musi być na tyle długa, aby skumulowane po latach odsetki były w stanie „odpracować” premię, którą trzeba było „przepłacić” za zakup obligacji.

Dla krótkoterminowych spekulantów taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Ich celem jest bowiem kupienie obligacji z dyskontem i liczenie na to, że w perspektywie kolejnych miesięcy czy kwartałów sentyment się poprawi, optymizm powróci i ceny obligacji na rynku wtórnym pójdą do góry. W takim wypadku będzie można sprzedać je z zyskiem, najczęściej kilkunastu procent, jeszcze w tym samym roku, w którym zostały kupione. Bez względu na planowaną datę ich wykupu przez emitenta.

Jeśli w dodatku przez ten czas wpadną na rachunek jakieś odsetki, to będą one stanowiły dodatkową wisienkę na torcie, ale w tym scenariuszu odsetki same w sobie nie są czynnikiem najważniejszym.

Pomimo tego, że każdy z inwestorów przywiązuje nieco inną wagę do poszczególnych parametrów obligacji, to wszyscy nabywający bezdyskusyjnie jednak patrzą (lub przynajmniej powinni patrzeć) na kondycję finansową spółki, której to decydują się pożyczyć swoje pieniądze.


Zanim przejdziemy dalej, podsumujmy pojęcia

Cena nominalna (face value) – cena, po której emitowane są obligacje i jednocześnie cena, po której zostaną one odkupione przez spółkę w dniu ich wygaśnięcia. Najczęściej cena nominalna pojedynczej obligacji wynosi 1000 USD. Ta cena jest niezmienna przez cały okres życia obligacji. Cenę nominalną obligacji można porównać do nominału pieniężnego wybitego na złotej monecie. Uncjowa złota moneta zazwyczaj ma nominał 50 USD i ten nominał jest niezmienny, pomimo tego, że wartość monety, a zatem jej cena transakcyjna na rynku, zmienia się cały czas.

Cena transakcyjna (price) – aktualna cena handlowa, po której w danym momencie można nabyć dane obligacje na rynku wtórnym za pośrednictwem platformy brokerskiej. Ta cena zmienia się praktycznie każdego dnia, podobnie jak cena akcji, a jej wahania są uzależnione od sił popytu i podaży, na które z kolei wpływa sytuacja finansowa spółki, otoczenie gospodarcze, wysokość stóp procentowych, czynniki polityczne oraz ogólny sentyment i nastawienie względem rynków finansowych.

Termin wykupu (maturity date) – ostatni dzień, w którym danymi obligacjami można handlować na rynku wtórnym. Jest to dzień, po którym następuje wykupienie obligacji przez emitenta i zdjęcie ich z publicznego obrotu. Cena wykupu zawsze jest ceną nominalną obligacji, bez względu na to, jaka była ich cena transakcyjna dnia poprzedniego.

Kupon odsetkowy (coupon) – wysokość odsetek wypłacanych na rzecz posiadacza obligacji. Częstotliwość wypłat różni się w przypadku poszczególnych serii obligacji, ale najczęściej odsetki wypłacane są raz na kwartał (quarterly), raz na pół roku (semiannual) lub raz na rok (annual). Wysokość kuponu zazwyczaj jest stała (fixed) i podawana w wartościach procentowych.

Dyskonto lub premia (discount/premium) – różnica pomiędzy ceną nominalną obligacji, a jej aktualną ceną transakcyjną. Jeśli cena transakcyjna jest niższa niż cena nominalna, obligacje można nabyć z dyskontem; jeśli cena transakcyjna jest wyższa od nominalnej, obligacje handlowane są z premią.

Rentowność (yield lub ask yield) – hipotetyczny średnioroczny zysk możliwy do wypracowania przez dane obligacje przy założeniu, że inwestor nabywa obligacje po aktualnej cenie transakcyjnej (cena Ask) i trzyma je na rachunku aż do ich terminu wykupu. Poziom rentowności uwzględnia w sobie wysokość kuponu odsetkowego oraz wysokość dyskonta lub premii w stosunku do ceny nominalnej obligacji.

Rynek wtórny (market) – zdecentralizowana elektroniczna sieć, poprzez którą odbywa się obrót już wyemitowanymi obligacjami korporacyjnymi. Dostęp do tej części rynku posiadają zarówno klienci instytucjonalni, jak i detaliczni, którzy mogą handlować nawet pojedynczymi obligacjami za pośrednictwem profesjonalnych brokerów, np. LYNX Broker.


Analiza stabilności finansowej spółki

Same w sobie obligacje korporacyjne, podobnie jak akcje poszczególnych przedsiębiorstw, są tylko bezwartościowym instrumentem finansowym. Technicznie rzecz ujmując w momencie, gdy nabywamy obligacje danej firmy, to tak naprawdę pożyczamy jej nasze pieniądze w zamian za zobowiązanie się firmy do spłaty owej pożyczki na koniec jej trwania i do regularnej wypłaty odsetek w międzyczasie. Obligacja trafiająca na nasz rachunek maklerski jest tylko potwierdzeniem tej transakcji.

Obligacje są więc wyłącznie ustandaryzowaną obietnicą firmy, że spółka tej umowy dotrzyma. Każde obligacje warte są tylko tyle, ile warta jest firma, która składa obietnicę ich spłacenia. A zatem, żeby ocenić atrakcyjność danych obligacji, w rzeczywistości należy spojrzeć na kondycję jej emitenta i na jego zdolność do wywiązania się z obietnicy spłacenia swojego zadłużenia.

Pod kątem atrakcyjności danych obligacji, spółki ocenia się jednak nieco inaczej niż przy analizie potencjału inwestycyjnego w jej akcje notowane na giełdzie. Wartość akcji będzie bowiem rosła wtedy, gdy firma generuje coraz większe przychody czy zyski, a także gdy do kasy wpływa coraz więcej gotówki, często redystrybuowanej potem w formie dywidendy. Im wyższe te świadczenia z roku na rok, tym więcej za akcje spółki będą chcieli zapłacić inwestorzy.

O tym, dlaczego akcje na giełdzie rosną, można przeczytać w tym artykule.

W przypadku obligacji typowi inwestorzy nie oczekują, że ich ceny będą rosły. W gruncie rzeczy z góry wiemy, ile wynosi granica i jaka będzie ich cena w dniu wykupu. To zawsze będzie kwota równa wartości nominalnej danej obligacji.

Z punktu widzenia obligatariusza drugorzędne znaczenie ma więc to, czy spółka będzie w stanie generować coraz większe przychody i nieustannie podnosić zyski. Tutaj wystarczające będzie, jeśli firma utrzyma obecny poziom zyskowności na niezmienionym poziomie, który wystarcza na regularną wypłatę kuponów odsetkowych od już wyemitowanych obligacji.

W tym przypadku zupełnie pomijalny będzie też aspekt analizy odpowiedzialny za wycenę firmy. Obligatariusza zupełnie nie obchodzi bowiem to, czy akcje spółki na giełdzie są obecnie drogie czy tanie. Wskaźniki P/E czy P/BV są dla niego nieistotne. Ceny docelowe akcji rekomendowane przez analityków nie mają żadnego znaczenia dla obligacji, które są instrumentem o stałym strumieniu dochodu. Na giełdzie akcje firmy mogą być kompletnie przewartościowane lub zupełnie niedowartościowane. Obligatariusza to nie wzrusza.

To natomiast, co jest istotne z punktu widzenia wierzyciela spółki, czyli osoby posiadającej jej obligacje, to stabilność finansowa przedsiębiorstwa. Czym jest owa stabilność? Benjamin Graham zaproponował kiedyś najkrótszą definicję, która mówi, że spółka jest stabilna finansowo, jeśli więcej ma niż jest dłużna. Albo inaczej – jeśli firma więcej zarabia niż wydaje. W obu tych przypadkach faktycznie możemy powiedzieć, że spółka jest stabilna finansowo.

Większość wskaźników odpowiadających na pytania o stabilność bazuje więc na stosunku jakiejś formy aktywów do pasywów i na stosunku osiąganych zysków do kosztów obsługi bieżącego zadłużenia.

Logika oceny jest tu bardzo prosta. Jeśli firma posiada aktywa (materiały, linie produkcyjne, budynki) o wartości 100 mln USD, a całościowe zadłużenie spółki wynosi 10 mln USD, to nie może być tu mowy o jakimkolwiek zagrożeniu w spłacie zobowiązań. W najgorszym wypadku spółka sprzeda część swojego majątku, aby spłacić zobowiązania wobec obligatariuszy. Gdyby to zadłużenie wynosiło 90% wartości aktywów przedsiębiorstwa, to oczywistym jest, że wyprzedaż takiej części spółki jest nierealna, bo de facto uniemożliwiłaby jej dalsze funkcjonowanie.

Pomijając już, że wartość likwidacyjna przedsiębiorstwa, czyli ta, po jakiej faktycznie udało by się sprzedać jej aktywa na rynku, zazwyczaj jest o wiele niższa niż wartość księgowa deklarowana w sprawozdaniach finansowych. Dlatego im większy bufor, tym większa poduszka bezpieczeństwa.

Drugim elementem, na który warto zwrócić uwagę (obok nominalnego poziomu zadłużenia), jest koszt obsługi tego długu, czyli inaczej kwota, którą każdego roku czy każdego kwartału spółka przeznacza na spłatę odsetek od swojego zadłużenia. Jeśli spółka rocznie potrzebuje 5 mln USD na wypłatę odsetek od wyemitowanego długu, a roczne zyski operacyjne wynoszą 40 mln USD, to kilka najbliższych wypłat kuponu jest raczej niezagrożonych.

Gdyby natomiast powyższa firma wypracowywała zysk operacyjny na poziomie 2-3 mln USD, to oznaczało by, że aby wypłacić kupon w łącznej wysokości 5 mln USD, firma musi pozyskać dodatkowy kapitał z innych źródeł niż operacyjne. Może więc wtedy wyprzedać część swojego majątku albo zaciągnąć inną pożyczkę na spłatę bieżących zobowiązań. Pomimo tego, że przez kilka kwartałów pewnie się to uda, to na dłuższą metę taka sytuacja jest oczywiście nie do podtrzymania.

Wszystkie dane potrzebne do oceny sytuacji fundamentalnej spółki można znaleźć w publicznie dostępnych sprawozdaniach finansowych. O tym, jak je czytać i interpretować, pisałem kiedyś w tym artykule.

Poniżej kilka przykładów gotowych wskaźników zbudowanych na bazie informacji ze sprawozdań, na które warto zwrócić uwagę przy ocenie przedsiębiorstwa pod kątem inwestycji w jego obligacje.


Wskaźniki odpowiedzialne za tzw. fundamenty

Różnych wersji wskaźników jest cała gama, dlatego przedstawiam tylko kilka, z których sam korzystam. Ogólna zasada jest taka, że patrząc na dany wskaźnik powinno się go oceniać nie tylko w kontekście samej jego wartości nominalnej, ale także pod kątem trendu (odczyt na przestrzeni lat się pogarsza czy poprawia) oraz w porównaniu do innych spółek z tego samego sektora.

Total debt to assets – stosunek całego zadłużenia spółki (krótko i długoterminowego) do posiadanych przez nią aktywów. Pożądany jest jak najniższy odczyt, jednak równie istotny jest kierunek zmian rok po roku. Czy zadłużenie względem aktywów rośnie czy spada? Drugim krokiem powinna być jeszcze ocena tego, co wchodzi w skład aktywów danego przedsiębiorstwa. Bardziej premiowali będziemy, np. jakość aktywów materialnych niż niematerialnych.

Quick ratio – stosunek aktywów bieżących (z wyłączeniem inwentarza) do bieżącego zadłużenia. Różnica względem poprzedniego wskaźnika jest taka, że w tym wypadku bierzemy pod uwagę wyłącznie zadłużenie i aktywa krótkoterminowe, czyli takie, które można zamienić na gotówkę w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, ale z wyłączeniem stanów magazynowych. To istotne, ponieważ ze strony zadłużenia większe ryzyko generuje dług, który trzeba spłacić w tym roku niż taki, który będzie do spłaty za dwadzieścia lat. Ze strony aktywów natomiast wyłączenie stanów magazynowych pozwala przyjąć realniejszą miarę tego, ile firma rzeczywiście posiada aktywów, które można spieniężyć. Włączenie do tej puli stosu towarów zalegających w magazynie może ten obraz zaburzyć, jeśli towar jest niesprzedawalny. Im wyższy wskaźnik, tym lepiej.

Financial debt to EBITDA – stosunek pasywów (z wyłączeniem należności na rzecz kontrahentów i pracowników) do zysku operacyjnego. Wskaźnik mówiący o tym, jak duże jest zadłużenie zewnętrzne względem podmiotów finansowych (banki, obligatariusze) w stosunku do zysku wypracowanego jeszcze przed zapłatą podatku, odsetek i przed dokonaniem deprecjacji oraz amortyzacji. Im niższy wskaźnik, tym lepiej.

Interest coverage – stosunek zysku przed wypłatą odsetek i przed zapłatą podatku (EBIT) do rocznych kosztów obsługi zadłużenia, czyli do sumy odsetek potrzebnych do spłacenia w ciągu roku. Jeśli zysk operacyjny wynosi 50 mln USD, a roczny koszt obsługi zadłużenia wynosi 5 mln USD, to oznacza że jednym tegorocznym wypracowanym zyskiem firma będzie w stanie spłacać swoje zadłużenie przez dziesięć kolejnych lat (EBIT/Interests Expenses). Im wyższy wskaźnik, tym lepiej.

CFO to debt – stosunek gotówki generowanej z działalności operacyjnej (Cash from Operations) do całkowitego zadłużenia spółki. Pomocne rozwinięcie wskaźnika Financial debt to EBITDA, które dobrze oddaje powiedzenie o tym, że zyskami pokazywanymi na papierze jeszcze nikt nie spłacił swojego długu, natomiast mając zdolność generowania realnej gotówki z działalności operacyjnej dla odmiany bardzo trudno jest zbankrutować. Im wyższy wskaźnik, tym lepiej.

Altman Z-Score – zbiorczy wskaźnik opracowany w 1968 roku przez Edwarda Altmana z uniwersytetu nowojorskiego. Wskaźnik bierze pod uwagę, m.in. stosunek przychodów i zysków do wysokości aktywów czy stosunek wartości księgowej do kapitalizacji rynkowej. Im niższy odczyt, tym większe prawdopodobieństwo bankructwa. Odczyty powyżej 2 uznawane są za akceptowalne, natomiast odczyty powyżej 3 oznaczają spółkę w dobrej kondycji finansowej.

Ohlson O-Score – bardziej skuteczna i bardziej skomplikowana wersja wskaźnika Altmana opracowana w latach osiemdziesiątych na tym samym uniwersytecie w Nowym Jorku. Sprawdzalność wskaźnika w prognozowaniu bankructw wynosi około 80%. Tutaj odmiennie niż w przypadku Altmana, im niższa wartość, tym mniejsze prawdopodobieństwo niewypłacalności. Odczyty z zakresu 0.5-1.0 są typowe dla przeciętnych spółek, natomiast każde wskazanie poniżej 0.5 oznacza niskie ryzyko bankructwa, a im niższy wskaźnik, tym lepiej.

Ratingi – najbardziej kompleksowe i złożone oceny przyznawane na podstawie komercyjnych modeli opracowanych przez agencje ratingowe takie, jak Fitch, Moody’s czy Standard & Poor’s. Każda agencja posiada swój własny system ratingowy, więc oznaczenia poszczególnych wskazań należy sprawdzić na stronie danego podmiotu. Dostęp do ratingów Moody’s i S&P można włączyć poprzez platformę transakcyjną LYNX Broker i kosztuje on 1 USD miesięcznie. Zbiorcze oceny od agencji ratingowych są bardzo istotne, ponieważ amerykańskie fundusze emerytalne czy pracownicze właśnie na nich opierają decyzje odnośnie włożenia lub pozbycia się obligacji danej firmy ze swojego portfela, a tego typu gracze mają już zdolność wpływania na ceny poszczególnych obligacji na rynku wtórnym.


Wybór, analiza i zakup obligacji w praktyce

Poniżej znajduje się krótki filmik pokazujący, jak w praktyce odnaleźć konkretne obligacje korporacyjne danej spółki na platformie transakcyjnej oraz – alternatywnie – jak przy użyciu skanera wyszukać potencjalne papiery spełniające określone kryteria. W drugiej części materiału znajduje się szybki przegląd i praktyczna analiza spółki na podstawie omówionych wcześniej wskaźników fundamentalnych.


Oceń post

Udostępnij post

  • Zapisy webinarów
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo