Skip to content

Pięć przykładów finansowych błędów, które popełniamy każdego dnia, nawet o tym nie wiedząc

Finansowe błędyIle byłbyś w stanie zapłacić, aby zwiekszyć o 1% swoją szansę na przeżycie kolejnego roku? Dlaczego nigdy nie sprzedałeś biletów na koncert, które dostałeś w prezencie od swojego szefa? I właściwie po co na siłę zjadasz owoce, które zaraz się zepsują, chociaż wcale nie masz na nie ochoty?

Na te oraz na inne z pozoru trywialne pytania odpowiedź znalazł prof. Richard Thaler w fantastycznej książce pt. “Misbehaving: The Making of Behavioural Economics”, którą niedawno polecałem na blogu. Punkt dla tego, kto w poniższych przykładach będzie potrafił znaleźć analogie do zachowań inwestorów na rynkach finansowych.


Ile kosztuje szklanka piwa na Saharze?

Wyobraź sobie, że jesteś na wczasach w jakimś egzotycznym miejscu. Leżysz na plaży, słońce praży, w gardle suszy. Marzysz o butelce zimnego piwa. Na szczęście twój towarzysz wybiera się akurat do sklepu i pyta czy nie przynieść ci schłodzonego piwka. Oczy święcą ci się mocniej, a ślina cieknie coraz bardziej. Kiwasz głową na potwierdzenie.

Tu pojawia się jednak mały dylemat. Otóż pierwszy raz jesteście w tym miejscu i nie macie pojęcia ile może kosztować butelka piwa. Twój towarzysz prosi, żebyś podał maksymalną cenę jaką jesteś w stanie zapłacić za butelkę, a jeśli cena w sklepie będzie wyższa, to on jej nie kupi.

Tak wygląda sytuacja bazowa. Teraz rozdzielmy ją na dwa różne scenariusze.

Pierwszy wariant: Twój kolega idzie po piwo do starej, rozpadającej się blaszanej budy, którą widzieliście przy wejściu na plażę. Jaką podasz górną granicę ceny, którą jesteś w stanie zapłacić za butelkę kupionego tam piwa? 6–8 zł? Większość osób podaje taki właśnie zakres.

Drugi wariant: Kolega idzie kupić piwo, ale w okolicy nie ma żadnego blaszanego sklepiku, jest za to pięciogwiazdkowy ekskluzywny hotel, w lobby którego znajduje się luksusowy coctail bar. Co odpowiesz, gdy przyjaciel zapyta cię o górny limit ceny, którą jesteś w stanie zapłacić za piwo, którego tak bardzo pragniesz? W dalszym ciągu będzie to 6–8 zł? Większość odpowiada tu 12–15 zł.

Jak to możliwe, że dokładnie ten sam towar wyceniany jest aż tak diametralnie różnie, w zależności od okoliczności? Przecież ciągle mówimy o dwóch dokładnie takich samych butelkach piwa. Dlaczego więc w jednym z przypadków uznajemy, że butelka ta jest warta maksymalnie 8 zł, a w drugim przypadku, że jest warta 15 zł? Wszak to w dalszym ciągu ten sam produkt, którego prawdziwa wartość jest pewnie jeszcze mniejsza. Mimo tego, gdy tylko zmieniły się okoliczności zewnętrzne, byliśmy skłonni kupić go z przebitką prawie 200%.

Zgodnie z logiką natomiast, butelka piwa powinna być tyle samo warta, niezależnie od otoczenia, czyli bez względu na to czy kupujemy ją w blaszanej budzie czy w ekskluzywnym hotelu.


Szczepionka, która gwarantuje przetrwanie

Badacze wynaleźli nową szczepionkę na grypę, która może usunąć skutki choroby nawet wtedy, gdy chory już na nią zapadł. Niestety, w takim przypadku szczepionka zwiększa szanse na przeżycie jedynie o jedną setną.

Pytanie: Wyobraź sobie, że na grypę już zachorowałeś. Ile maksymalnie jesteś w stanie zapłacić, żeby kupić ten zastrzyk i zwiększyć swoje szanse na przeżycie o jedną setną, czyli 1%? Czy jest to 1500–2000 zł? Tyle mniej więcej podawali ankietowani.

Załóżmy teraz drugi wariant. Badacze wynaleźli szczepionkę i szukają chętnych do przeprowadzenia na nich testów. Nie jesteś chory, a badacze gwarantują, że szczepionka ma 99% skuteczności, ale niestety po jej zażyciu jedna osoba na sto umiera w efekcie powikłań. Ile badacze musieliby ci zapłacić, abyś w ramach eksperymentu zgodził się przyjąć szczepionkę? Tu zazwyczaj padają kwoty z pułapu: milion złotych.

O co chodzi? Dlaczego po raz kolejny wyceniamy ten sam towar w tak diametralnie różny sposób? W obu przypadkach towarem jest 1% szansy na zwiększenie lub zmniejszenie ryzyka śmierci. Przecież to dokładnie ta sama oferta! Życie i śmierć jest grą zerojedynkową, bo jeśli zwiększamy szansę na przeżycie o 1%, to automatycznie zmniejszamy szansę na śmierć o tę samą wartość.

I tu ponownie, zgodnie z logiką, dochodzimy do wniosku, że w obu przypadkach wartość jednej setnej naszego życia powinniśmy wycenić dokładnie w ten sam sposób. Tak się jednak nie dzieje.


Biletów od szefa nie odsprzedajemy

Dostajesz od przełożonego w prezencie bilety na koncert kwartetu smyczkowego. Kwartet jest światowej klasy, wybitna twórczość, wybitni muzycy. Bilety dawno wyprzedane, na rynku wtórnym ich wartość wynosi 400 zł. Wracasz do domu, chwalisz się swojej narzeczonej, już zastanawiacie się w co się ubrać. Wszystko wygląda cudnie, poza tym, że żadne z was nie lubi muzyki poważnej. Gustujecie raczej w rock’n’rollu. Mimo wszystko jesteście zadowoleni ze zbliżającego się nowego doświadczenia i na koncert smyczkowy jednak idziecie.

Po co? Przecież żadne z was nigdy nie wydałoby własnych 400 zł na koncert smyczkowy. Skoro więc żadne z was nie lubi muzyki poważnej, czy nie rozsądniej jest sprzedać wasze dwa bilety o wartości 400 zł na Allegro i kupić za to cztery bilety na inne koncerty, na które naprawdę macie ochotę? Albo wymienić tłumik w samochodzie? Kupić dziecku wyprawkę do szkoły? Wyjechać na weekend?

“Zmarnowanie” potencjalnych 400 zł, aby pójść na koncert grupy, której nie lubicie, z ekonomicznego punktu widzenia jest bez sensu. Dużo rozsądniej jest sprzedać te bilety i kupić sobie coś potrzebniejszego. W ten sposób jednak nie postępujemy.


Jedzenie kiedyś w końcu traci ważność

Jest wtorek, robisz zakupy w supermarkecie. Masz ochotę na owoce, dużo owoców. Kupujesz ich całą siatkę. Szybkie przewinięcie taśmy do piątku. Owoców trochę zostało, ale zaraz zaczną się psuć i gnić. Co prawda dzisiaj nie masz na nie kompletnie ochoty, ale mimo wszystko zjadasz je wszystkie, żeby się nie zepsuły. Skoro już wydałeś pieniądze na jedzenie, to trzeba je zjeść.

Tylko jakie znaczenie dzisiaj (czyli w piątek) ma to, że w poprzedni wtorek zapłaciłeś za owoce sporo pieniędzy? Środki i tak zostały wydane. W piątek nie ma już żadnego znaczenia czy te owoce zjesz czy się zmarnują. Jeśli je zjesz, nie przywróci to przecież ani złotówki. Nie odzyskasz utopionej kwoty. Zjedzenie psujących się owoców pozwoli tylko oczyścić własne sumienie. Jednak z ekonomicznego punktu widzenia nie ma tu żadnego finansowego sensu.

Taka sytuacja nazywana jest regułą utopionych kosztów. Nie ważne ile za coś zapłaciłeś tydzień temu, bo w tym momencie to i tak jest już fakt dokonany, przeszłość. Zapomnij o tym. Teraz liczy się tylko to, ile ten towar jest warty dzisiaj. A ile są warte zaczynające gnić owoce? Zero.


Samochodowe stereo za 7000 zł?

Twój syn skończył 18 lat i kupujesz dla niego pierwszy samochód. Nic wielkiego, na początek używany Passat za 15 000 zł. Sprzedawca w komisie proponuje ci świetną okazję i dorzucenie do tego Passata rewelacyjnego zestawu audio w promocyjnej cenie za jedyne 7000 zł. Pukasz się w głowę.

Parę tygodni później kończy ci się leasing i postanawiasz wymienić swoje auto. Upatrzyłeś sobie Mercedesa klasy E o wyjściowej cenie około 300 000 zł. Dokładasz do tego pneumatyczne zawieszenie, większe felgi, lepszy silnik, sportową skrzynię, pakiet AMG i całą masę elektroniki. Wartość samych dodatków przekracza już 100 000 zł. Sprzedawca w salonie proponuje ci jeszcze dorzucenie do tego Mercedesa rewelacyjnego zestawu audio w promocyjnej cenie za jedyne 7000 zł. Bierzesz?

Oczywiście, że bierzesz. Wydałeś już ponad sto tysięcy na same dodatki w samochodzie za trzy stówy. Czymże jest ledwie siedem tysięcy za porządny zestaw audio?

W obu przypadkach zadziałał mechanizm kotwiczenia. Jeśli bierzesz auto za 15 000 zł, to jak możesz kupić do niego głośniki za połowę ceny samochodu? Ale już przy zakupie auta za 300 000 zł weźmiesz je bardzo chętnie, chociaż to w dalszym ciągu są te same głośniki! Okoliczności zewnętrzne, czyli ich cała otoczka (karoseria, w którą zostaną upakowane), teoretycznie nie powinny mieć żadnego znaczenia. A jednak mają.

Mniej więcej tak samo inwestorzy działają podczas baniek spekulacyjnych, o których niedawno pisałem. W normalnych rynkowych okolicznościach, nigdy nie byliby w stanie zapłacić wygórowanej ceny za akcje danej firmy. Ale podczas baniek spekulacyjnych robią to, bo w otoczeniu widzą same absurdalnie wybujałe ceny, na tle których ich upatrzone akcje wyglądają jak rewelacyjna okazja wyjęta prosto z sezonowej promocji.


Wyjaśnienie tych oraz wielu innych błędów, które nieustannie popełniamy na giełdzie i w codziennym życiu, znajduje się w świetnej książce “Misbehaving: The Making of Behavioural Economics”, którą jakiś czas temu polecałem na blogu.