fbpx

Dziesięć wniosków, do których doszedłem po dziesięciu latach inwestowania

Wiadomo, że EPS-y, że sales i że cash flow. Wszyscy wiemy, że pewne podstawowe warunki muszą być spełnione, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo zysku z inwestycji. Oczywiście, że płynność, że Altman i że Ohlson. Naturalnie, że prognozy i rewizje. Bezapelacyjnie price targetupside. Wszystko to jest bezsporne, ale w całej tej układance brakuje jeszcze jednego elementu – doświadczenia inwestora.

Często mówi się, że giełda jest prosta, ale nie jest łatwa. Prosta dlatego, że większości zasad panujących na rynku może się nauczyć nawet osoba z przeciętnym ilorazem inteligencji. To nie jest problem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przychodzi co do czego i całą tę wiedzę trzeba przekuć na praktykę.

Brakującym ogniwem w zamianie teorii na praktykę jest bowiem… doświadczenie. W związku z tym, że sam trochę go już mam, w trakcie wakacyjnego rozluźnienia postanowiłem podzielić się wnioskami, do których doszedłem po kilkunastu latach pracy w branży inwestycyjnej.


Nieważne, co ja myślę – ważne, co myśli rynek

Ego na bok. To nie ja i nie moje decyzje zakupowe będą kształtowały kurs akcji na giełdzie, tylko wpływ na niego wywrą decyzje rynku, rozumianego jako zbiór innych inwestorów. Jeśli analitycy, fundusze, banki inwestycyjne i wszyscy członkowie załogi Bloomberga razem wzięci przekonują, że inwestycja w akcje Tesli Inc. to najlepszy pomysł na świecie – niech tak będzie.

Mogę się nie zgadzać, ale moje zdanie nie ma większego znaczenia. To ich decyzje oraz ich działania będą kształtowały cenę akcji, ponieważ to oni mają większą siłę zakupową ode mnie. W takiej sytuacji jednak nie ulegam presji i nie wkładam akcji do portfela wbrew sobie.

Mogę uważać, że papiery spółki GameStop Corp. czy AMC Entertainment to śmieci, ale nie odważę się zagrać na ich spadki, kiedy praktycznie cały anglojęzyczny internet oszalał na ich punkcie i skupuje je na potęgę, czym winduje notowania w kosmos. Powodzenia! Ja jednak znowu stanę z boku i skupię się na tych inwestycjach, co do których mamy z rynkiem podobne zdanie. To zwiększa prawdopodobieństwo wygranej.

Trzeci przykład: znalazłem niszową spółkę z Wisconsin o niskiej kapitalizacji, będącą topowym producentem szczotek do czyszczenia toalet, i uważam, że naprawdę jest liderem w swojej branży. Co robię? Nic. Ta firma pozostanie w cieniu, nie zainteresują się nią media (branża niezbyt sexy), nie trafi do ETF-ów generujących popyt (za mała kapitalizacja dla funduszy), spółka nie pojawi się na blogach ani w rekomendacjach analityków (nikt jej nie zna, nie ma dla kogo robić analiz).

Skoro zatem pies z kulawą nogą się nią nie zainteresuje, to kto będzie wywierał presję i podbijał kurs akcji? Komu w przyszłości miałbym odsprzedać te akcje po wyższej cenie?


Zbyt dużo informacji szkodzi, zamiast pomagać

Wielokrotnie udowodniono, że człowiek podejmuje gorsze decyzje, jeśli zostanie przytłoczony nadmiarem informacji. Nawet pisałem na ten temat w tym artykule.

Problem bierze się stąd, że w tak dużym zbiorze informacji, do jakiego dzisiaj mamy dostęp, zawsze znajdziemy wiadomości, które są ze sobą sprzeczne i wykluczają się nawzajem. Im więcej danych, tym więcej argumentów „za” i „przeciw”, a im więcej rozbieżnych informacji, tym trudniej podjąć dobrą decyzję.

Nie chcę przez to powiedzieć, żeby nie czytać niczego w ogóle. Chcę przez to powiedzieć, żeby ograniczyć się do dwóch–trzech najbardziej rzetelnych źródeł informacji i z nich czerpać wiedzę na temat tego, co dzieje się w danej spółce czy w danej branży.

Jakie to źródła? Przede wszystkim takie, którym zależy na obiektywizmie i bezstronności w przekazywaniu informacji (WSJ, FT, Bloomberg), a nie opierają się na opiniach (blogi, fora czy ogólnie media społecznościowe).

Więcej na ten temat można przeczytać tutaj.


Pierwsza reakcja zawsze jest niepoprawna

Instynktowne działania dobrze sprawdzały się wtedy, kiedy nasi przodkowie żyli w dżungli i na co dzień mieli do czynienia z dinozaurami, w które trzeba było rzucać kamieniami, żeby przeżyć (tak przynajmniej twierdzą pewne źródła).

Jeśli na swojej ścieżce zobaczymy tygrysa, to instynkt faktycznie będzie dobrym doradcą – nie ma się wtedy co zastanawiać, dlaczego tygrys jest tygrysem i jaka kieruje nim motywacja, tylko trzeba uciekać.

W przypadku zagrożenia na giełdzie jest jednak zupełnie inaczej. Tutaj pierwsza reakcja, którą podpowiada intuicja, zazwyczaj okazuje się niepoprawna. Pierwsza reakcja stanowi odruch bazujący nie na tej części mózgu, co trzeba. Szczególnie w sytuacji dużych spadków to, co chcemy zrobić w pierwszym momencie, zapewne będzie niewłaściwe.

Każdą decyzję na giełdzie powinna poprzedzać spokojna analiza faktów, okoliczności danego zdarzenia, a następnie próba antycypacji tego, jak owo wydarzenie wpłynie na kurs akcji w dłuższym okresie.

Rynek najczęściej reaguje przesadnie – inwestorzy najpierw wyprzedają, a dopiero potem zadają pytania. Dobrym wyjściem jest więc uznanie, że to, co chcemy zrobić odruchowo, prawie na pewno z perspektywy czasu okaże się błędną decyzją.

Tak więc, inwestorze, nie zapominaj starej więziennej zasady: bramini na wojnie tylko spokojnie.


Decyzje łatwe i komfortowe najczęściej są błędne

Większość osób lubi podejmować łatwe decyzje, które nie zmuszają ich do wychodzenia poza strefę komfortu. Dlatego większość osób traci na giełdzie pieniądze. W przeważającej liczbie indywidualni inwestorzy starają się podejmować decyzje dobre dla ich samopoczucia, a nie dla ich portfela.

Wszystko, co przychodzi łatwo, co jest oczywiste i komfortowe, prawdopodobnie nie będzie poprawne i nie pozwoli nam na wybór optymalnego kierunku działania. To decyzje trudne i bolesne dają najlepsze rezultaty.

Zresztą ta zasada obowiązuje nie tylko na giełdzie, ale też w życiu zawodowym i prywatnym. Robienie rzeczy wymagających i niekomfortowych dzisiaj (dieta, siłownia, odpuszczenie sobie tego ostatniego kieliszka etc.) przyniesie nam korzyści jutro.

Więcej na ten temat pisałem już na blogu, w tekście „Dlaczego dobre decyzje muszą boleć?”.


Codzienne obserwowanie notowań to droga donikąd

Wyraz „donikąd” można też spokojnie zastąpić jednym z następujących sformułowań: do frustracji, do stresu, do bezsenności, do nerwicy. Albo wszystkimi naraz.

Codzienne wpatrywanie się w mrugające kursy akcji nie tworzy żadnej wartości dodanej. Zielone i czerwone procenty zmieniające się w trakcie sesji nie sprawiają, że podejmujemy lepsze decyzje. Od gapienia się w platformę transakcyjną jeszcze nikt nie stał się mądrzejszy. Naprawdę można te godziny wykorzystać w znacznie bardziej efektywny sposób.

Notowania w czasie rzeczywistym dostarczają nam tylko niepotrzebnych bodźców. Problem jest poważny, w końcu bodźce popychają nas ku działaniu. W efekcie często okazuje się, że wcale nie zamierzaliśmy tego dnia niczego kupować ani sprzedawać, ale samo zachowanie się rynku (spadki lub wzrosty) zmusiło nas do dokonania jakiejś transakcji.

Jakby tego było mało, przy reagowaniu na bodźce pojawia nam się iluzja kontroli, która jest jeszcze groźniejsza niż tzw. overtrading… ale to już temat na oddzielny artykuł.


Kurs akcji sam w sobie nie ma żadnego znaczenia

To, że dane akcje kiedyś kosztowały 200 USD, a dzisiaj kosztują 100 USD, wcale nie musi oznaczać, że mamy do czynienia z okazją życia. Podobnie jak to, że trzy lata temu coś kosztowało 1000 USD, a teraz kosztuje 3000 USD.

A co, jeśli akcje, które kosztowały 100 USD, pozwalały osiągnąć 5 USD zysku lub przychodów przypadających na jedną akcję, natomiast po wzroście notowań do 200 USD ta sama akcja generuje już nie 5 USD, lecz 15 USD zysku czy przychodów? Cena wzrosła „tylko” dwukrotnie, ale to, co dostajemy teraz w zamian, wzrosło aż trzykrotnie. W takiej sytuacji może się okazać, że akcje kosztujące 200 USD są relatywnie tańsze od tych kosztujących 100 USD.

Dlatego właśnie nie da się wyciągnąć żadnych poprawnych wniosków wyłącznie na podstawie obserwacji zmiany kursu akcji. Ich cena stanowi jedynie fragment większej układanki. Sam fakt, że kurs rośnie lub spada, nie ma żadnej wartości informacyjnej, jeśli nie zadamy sobie pytania, dlaczego tak się dzieje – i jeśli nie znajdziemy na to pytanie odpowiedzi.


Poprawne decyzje nie zawsze dają zarobić

Tak to już jest, że czasem poprawne decyzje przynoszą straty, a zupełnie błędne dają zarobić fortunę. Różnica polega na tym, że w dłuższej perspektywie nie sposób wygrać, jeśli podejmuje się tylko niepoprawne decyzje.

Jeszcze parę miesięcy temu postanowienie o sprzedaży domu, wzięciu dodatkowego kredytu i zebraniu wszystkich oszczędności swojego życia, a następnie ulokowanie ich w akcje firmy GameStop Corp. z pewnością przyniosłoby spektakularny efekt w postaci gigantycznego zysku. Pytanie tylko, czy na pewno byłaby to poprawna decyzja, gdybyśmy ocenili ją w kontekście dłuższego horyzontu i pod kątem powtarzalności jej efektów (lub ich braku).

Kluczowe jest tutaj uświadomienie sobie, że nawet jeśli mamy skuteczność na poziomie 70% w wyborze dobrych akcji, i tak przegramy (poniesiemy stratę) aż trzydzieści razy na sto przypadków. Mimo to na dalszą metę, gdy zachowamy skuteczność dwa do jednego, wyjdziemy na tym całkiem dobrze.

Rozpatrywanie danej decyzji inwestycyjnej wyłącznie przez pryzmat zysku lub straty, jakie przyniosła, jest więc zachowaniem niewłaściwym. Warto skupić się na podejmowaniu obiektywnie najlepszych możliwych decyzji, a zyski będą ich efektem ubocznym, który prędzej czy później pojawi się sam.


Krótki horyzont wypacza wnioski

Zupełnie nierozsądne jest wyciąganie jakichkolwiek wniosków po kilku tygodniach czy miesiącach od rozpoczęcia inwestycji. Większość inwestorów ma nieodparte wrażenie, że gdy tylko włoży się dane akcje do portfela, od razu zaczynają spadać. Jak to możliwe?

Otóż w ciągu całego roku może istnieć tylko jeden optymalny moment na zakup akcji, czyli absolutny dołek, w którym akcjami handlowano najtaniej w tym okresie. Istnieje więc ledwie jedna szansa na kilkaset (tyle, ile jest dni handlowych w roku), że uda nam się kupić akcje akurat w tym idealnym momencie, po którym nie będą one już dalej spadać.

To oczywiście nierealne, dlatego nie ma co wyciągać wniosków w perspektywie kilku tygodni czy nawet kilku miesięcy, które upłynęły od zakupu, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że znaczna część nabytych akcji znajdzie się na minusie.

Nie znaczy to oczywiście od razu, że podjęliśmy złą decyzję inwestycyjną. Oznacza to wyłącznie tyle, że minęło jeszcze za mało czasu, aby można było wyciągać jakiekolwiek wnioski.


Zwracanie uwagi na anomalie

Zrobiłem wszystko zgodnie ze sztuką. Dogłębnie przeanalizowałem rynek, zbadałem i wytypowałem spółkę do inwestycji. Moim zdaniem były to najlepsze akcje do kupienia w danym momencie i naprawdę nie widziałem w całym procesie żadnego błędu.

Mimo to inwestycja po roku przyniosła 30% straty. Jak to możliwe? Czy to znaczy, że mój system nie działa?

W takiej sytuacji warto się zastanowić, czy mówimy tu wyłącznie o pojedynczej anomalii, czy już o powtarzającym się wzorcu.

Ja każdą swoją wpadkę, nie tylko inwestycyjną, staram się rozpatrywać w świetle pytania: czy był to jednorazowy wypadek, czy powtarza się on po raz kolejny i zaczyna się tu uwidaczniać jakiś wzorzec?

Jeśli mówimy o jednorazowym wypadku przy pracy, należy go zupełnie zignorować. Anomalie były, są i będą występowały. Jednorazowe zdarzenia wcale nie świadczą o tym, że nasza strategia czy nasz proces decyzyjny są błędne. Nikt nie ma i nikt nie będzie miał stuprocentowej skuteczności we wszystkim, co robi.

Powodem do zmartwień jest dopiero sytuacja, w której dane zjawisko zaczyna występować zdecydowanie zbyt często, co może świadczyć o tym, że faktycznie mamy do czynienia z problemem natury systemowej, który trzeba jakoś rozwiązać.

Dlatego, zanim weźmiemy się do naprawiania czegokolwiek, odpowiedzmy sobie na pytanie: czy to tylko incydent, czy już wzorzec?


Giełda to sztuka, a nie nauka

Nie arytmetyka, nie wykresowa geometria, tylko sztuka. Giełda to coś więcej niż czytanie sprawozdań finansowych i rozumienie tego, czym EBITDA różni się od EPS. Na giełdzie potrzeba wyczucia, dobrego nosa, umiejętności wyłapywania momentu zmiany nastroju.

Na rynku nie da się stworzyć jednego systemu czy algorytmu, który będzie się sprawdzał w każdych okolicznościach i w każdym otoczeniu. Takie rzeczy są możliwe w szachach czy w blackjacku – gdzie zasady nie zmieniają się w trakcie gry – ale nie na giełdzie.

W inwestowaniu („stety” albo niestety) zasady zmieniają się bowiem cały czas, dlatego giełdy nie można się nauczyć raz a dobrze. Giełdę po prostu trzeba zrozumieć i wyczuć to, co aktualnie się na niej dzieje. Do tego zaś potrzebne jest… doświadczenie.

Zdobywanie doświadczenia stanowi długotrwały proces, podobnie jak zdobywanie wiedzy. Na pocieszenie mogę jednak zapewnić, że nikt z nas nie urodził się wyposażony ani w wiedzę, ani tym bardziej w giełdowe doświadczenie. Obie te rzeczy po prostu trzeba było zdobyć – czego wszystkim czytelnikom szczerze i z całego serca życzę.

PS. Udanej drugiej części wakacji! Blog wróci do pełni życia na początku września. Będzie się działo!

Oceń post

Udostępnij post

  • Transakcje dnia
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo