Skip to content

Brexit gorszy od katastrofy smoleńskiej

Przewidywanie przyszłości prowadzi do bankructwa
Przewidywanie przyszłości prowadzi do bankructwa

Swojego czasu pojawiły się w internecie wtyczki do przeglądarek blokujące wyświetlanie stron, które zawierały frazę “katastrofa smoleńska”. Po pewnym czasie od wypadku ludzie mieli już zwyczajnie dosyć wałkowania tego jałowego tematu każdego dnia, przy każdej okazji. Mam wrażenie, że jak tak dalej pójdzie, to wkrótce powstanie podobna wtyczka, która uodporni czytelników na wszędobylski efekt “brexitu”.

Tłumaczenie i usprawiedliwianie wszystkiego Brexitem stało się jakimś miedzynarodowym sportem, na punkcie którego oszaleli dziennikarze z całego świata. A przynajmniej ci zajmujący się tematyką finansową. Dzisiaj uzasadnianie najmniejszej nawet negatywnej reakcji rynku (brytyjskiego, amerykańskiego czy indyjskiego) Brexitem to jakiś totalny obłęd, któremu niestety poddają się nawet poważne media.

Dlaczego u diabła tak uparcie trzymamy się tego nieszczęsnego referendum, które (z dzisiejszej perspektywy) dla rynków nie miało praktycznie żadnego znaczenia? Czemu tak trudno przyznać, że wszyscy się pomyliliśmy, że referendum nie było żadnym armagedonem, a rynki dawno wróciły już do równowagi sprzed głosowania? Po co uparcie trzymać się przepowiedni, która zwyczajnie się nie sprawdziła?

Wróżkom mówimy stanowcze i zdecydowane: “Raczej nie”

Jeszcze przed samym referendum, na etapie przewidywania przyszłości i wróżenia ze szklanej kuli, dopadł mnie lekki sceptycyzm. Po prostu trudno mi było uwierzyć, że ewentualny Brexit aż tak bardzo wpłynie na rynki finansowe. Bo właściwie dlaczego miałby to zrobić?

Brytyjczycy, nawet jeśli wyjdą z Unii, to mimo tego raczej nie podążą drogą Korei Północnej i nie zamkną się na cały świat, zrywając z nim wszystkie stosunki dyplomatyczne i handlowe. Bardziej prawdopodobne jest natomiast, że wypracowana zostanie jakaś forma umowy, która pozwoli utrzymać relacje gospodarcze na podobnych, jeśli nie na takich samych warunkach jak dotychczas. Z tego punktu widzenia właściwie nic się nie zmieni. Czy bycie poza Unią samo w sobie przeszkodziło Szwajcarii czy Norwegii w rozwoju gospodarczym?

Stracą “goldmany” i zwykli Brytyjczycy

Jedyny realny wpływ Brexit może mieć na międzynarodowe firmy, które uwiły sobie gniazdka w Londynie i z tych siedzib świadczyły do tej pory usługi innym klientom z całej Unii Europejskiej. W najgorszym wypadku firmy te po prostu wyniosą się do Frankfurtu, Paryża czy nawet Warszawy. Stracą na tym jedynie sami Brytyjczycy. Chociaż i to nie do końca, bo w zamian miłośnicy fish&chips dostaną tańsze kredyty i łatwiejszy dostęp do kapitału, dzięki obniżeniu stóp procentowych. To poskutkuje z kolei większymi plazmami w mieszkaniach, na których w BBC News będzie można oglądać rajd londyńskiej giełdy w kierunku północnym. Index FTSE 100 już dzisiaj zresztą, miesiąc po referendum, jest o wiele wyżej niż był tuż przed “katastrofą”(!)

Mimo tego jednak, w dalszym ciągu na każdym kroku, zarówno w prasie zagranicznej jak i krajowej, jako powód takiego czy innego zachowania takiego czy innego instrumentu finansowego, słyszę jedno wyjaśnienie: Brexit. Co ciekawe, z uparciem osła wytłumaczenie to jak mantrę powtarzają przede wszystkim ci, którzy najgłośniej krzyczeli o grożącej katastrofie (a nawet recesji!) na rynkach finansowych po niekorzystnym wyniku referendum.

Nieumiejętność przyznania się do błędu prowadzi do bankructwa

Zamiast powiedzieć proste: “Okazało się, że nie miałem racji” i zająć się konstruowaniem kolejnej przepowiedni, to pseudo-eksperci finansowi wydłużają tylko perspektywę swojego proroctwa mówiąc: “Dzisiaj rzeczywiście rynek wymazał efekt Brexitu, ale katastrofa, o której mówiłem miesiąc temu, jeszcze nastąpi, tylko nieco później, pewnie w perspektywie dwóch lat”. To jakaś paranoja.

Dopóki bajdurzą o tym gadające głowy w telewizji, to nie dzieje się jeszcze nic strasznego. Problemy zaczynają się w momencie, kiedy ktoś akurat włączy ten feralny kanał. Wiele osób przed referendum niestety włączyło, co w efekcie poskutkowało poddaniem się zbiorowej paranoi i panicznym wyprzedaniem wszystkich posiadanych akcji.

Pół biedy, jeśli ktoś zachowawczo pozbył się ryzykownych aktywów jeszcze przed samym referendum, sprzedając na górce. To akurat było całkiem rozsądne posunięcie, minimalizujące wpływ nadchodzącej zmienności na wahania wartości posiadanych aktywów. Pomysł nawet roztropny, zwłaszcza dla ludzi o słabym sercu.

Nie masz szans w starciu z HFT (High Frequency Trading)

Niestety, większość jednak wyprzedała wszystkie swoje aktywa dopiero kilka chwil po oficjalnych wynikach referendum, kiedy było już pewne, że przepowiednia “katastrofy” właśnie się ziściła, i kiedy giełda zdążyła w międzyczasie spaść na samo dno. Ja wiem, że bardzo trudno jest przewidzieć, gdzie znajduje się dołek po którym nastąpi odbicie, ale na szczęście tu w ogóle nie ma potrzeby niczego przewidywać!

Wystarczy z góry założyć, że w momencie, w którym postanawiamy uciekać z rynku po negatywnych danych, to i tak jest już na to za późno, bo ubiegły nas komputery. Miliony dolarów wydawane są na potężne maszyny, światłowodowe łącza internetowe i rosyjskie algorytmy, których głównym zadaniem jest być szybszym od nas. Jak się przed tym bronić? Można działać z wyprzedzeniem lub myśleć długoterminowo, ale to już temat na zupełnie inny wpis.

Tymczasem, w dniu po referendum, jak zwykle okazało się, że panika w tłumie jest zabójcza, a najbardziej lukratywną strategią w takich sytuacjach niezmiennie okazuje się powiedzenie: kupuj, kiedy leje się krew. (Proszę zwrócić uwagę, że w powiedzeniu tym nie ma nic o sprzedawaniu).

I tym optymistycznym akcentem kończąc, z okazji zbliżającego się weekendu, chciałbym życzyć wszystkim umiejętności zachowania zimnej krwi, zdolności krytycznego myślenia i wypracowania silnej woli, która pozwoli przeciwstawić się panikującemu tłumowi i jego stadnym zachowaniom.

Brexit gorszy od katastrofy smoleńskiej
5 Ocen: 6