Skip to content

Pięć rzeczy, którym początkujący inwestorzy poświęcają zbyt dużo uwagi

Inwestorzy przywiązują zbyt dużo wagi rzeczom błahym

Odkąd założyłem tego bloga, dostaję mnóstwo maili z pytaniami. Daje mi to unikalną możliwość podglądania tego, co trapi polskich inwestorów. Najbardziej rzuciło mi się w oczy to, że inwestorzy indywidualni cierpią na zupełnie inne dolegliwości niż ci zawodowi czy instytucjonalni, z którymi miałem do tej pory do czynienia. Na szczęście większość tych schorzeń jest niegroźna i można je szybko wyleczyć.

W pytaniach, które dostaję, nieustannie przewijają się pewne powtarzalne wątki przewodnie. Oto i one.


Wybór idealnego brokera

Mając lepszy samochód, można być lepszym kierowcą, a mając lepsze noże, można być lepszym kucharzem. Poza tym, gdyby Warren Buffett w latach siedemdziesiątych założył konto u kiepskiego brokera, to z pewnością nie odniósłby sukcesu, prawda? Nie prawda. Wybór brokera ma trzeciorzędne znaczenie, a złej baletnicy…

Broker to tylko środek, narzędzie do zrealizowania celu. Celem jest dokonanie transakcji zakupu lub sprzedaży akcji. Nic więcej. To nie od brokera zależy czy będziesz zarabiał czy tracił na giełdzie. Lepszy broker nie powie ci jakie akcje kupić, ani kiedy to zrobić.

Nieustanne szukanie idealnego brokera, to trochę tak jakbyś pół dnia jeździł po mieście w poszukiwaniu idealnego bazaru, żeby kupić świeże warzywa. Patrzyłbyś na kształt i obrandowanie blaszanych bud, sprawdzałbyś czy sprzedawcy mają ubezpieczenie zdrowotne, czy na bazarze znajduje się toaleta lub dodatkowe wodotryski albo jeszcze inne funkcjonalności, szukałbyś takich miejsc, przy których znaleźć można najtańszy parking i tak dalej. Problem w tym, że wtedy gdzieś zanika pierwotny cel, którym był po prostu zakup dobrych, świeżych warzyw.

W każdym zestawie naczyń można ugotować dobry lub zły posiłek; na każdym laptopie można napisać dobrą albo słabą książkę; w każdych sportowych butach można przebiec maraton.

Przestańcie poświęcać tyle czasu na szukanie idealnych brokerów, bo idealnych brokerów nie ma. Szkoda na to czasu. Najpierw nauczcie się jak regularnie zarabiać na giełdzie, zbudujcie sobie własny system, własną strategię i zacznijcie osiągać podtrzymywalne wyniki, a w drugiej czy w trzeciej kolejności będzie można pomyśleć o tym, żeby zająć się niuansami, takimi jak zmiana brokera.

Sporo osób mówi, że kwestia jest poważna, bo chodzi przecież o bezpieczeństwo środków. Obawa jest całkiem zrozumiała, ale dopóki nie przesyłacie pieniędzy na rachunki maklerów zarejestrowanych w Panamie czy na Seszelach, to zmartwienie powinno być drugorzędną kwestią. Wszyscy brokerzy zarejestrowani w USA podlegają takim samym prawom, takim samym wymogom i takim samym gwarancjom. Każdego klienta u każdego amerykańskiego brokera chroni obowiązkowa gwarancja SIPC do kwoty 500 000 USD. Nie ma tu lepszych i gorszych brokerów.

Druga najczęściej poruszana kwestia to prowizje. Dopóki nie wchodzisz na etap zawodowstwa i nie obracasz kwotami rzędu wielu milionów dolarów, to jakie właściwie ma znaczenie czy na prowizję wydasz 2 czy 4 dolary? Te dwa dolary różnicy to koszt jednego piwa w podrzędnej knajpie. Jeśli masz odnieść spektakularny sukces na giełdzie, to i tak go odniesiesz. Nie znam nikogo, kto zaprzepaścił swoją giełdową karierę i wyzerował rachunek tylko dlatego, że płacił trochę większe prowizje niż inni.

Nie mówię, że wysokość prowizji nie jest istotna, mówię tylko, że nie to jest celem. Niskie prowizje to wisienka na torcie. Najpierw skupcie się na priorytetach, na zbudowaniu jakiejś solidnej bazy, a dopiero potem można myśleć o dodawaniu do niej kolejnych smaczków.

First things first, jak mawiają Amerykanie.


Znalezienie cudownej spółki

Co ja bym dał, żeby dostawać regularne sprawdzalne rekomendacje na temat najlepszych spółek; tych jednych jedynych, które pozwolą mi zarobić miliony i stanąć na najwyższym szczeblu drabiny osiedlowego kółka inwestycyjnego.

No cóż. Jestem na rynkach od wielu lat i zapewniam was, że nikt nie potrafi przewidywać, które akcje będą rosły, a które będą spadały. Nikt.

Kursami na giełdzie rządzi zbyt wiele różnych zmiennych, aby można było cokolwiek przewidywać. Często jest tak, że poświęca się wiele dni na research, dochodzi się do odpowiednich wniosków, a potem wystarczy jeden tweet, jedne przegrane wybory, jeden strajk, jedno zdarzenie losowe w postaci pożaru, katastrofy lub zarzutów o korupcję; i sytuacja całej spółki obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Przed takimi rzeczami nie ma ratunku. Nie mamy nad nimi kontroli. Nawet w cudownej spółce może przydarzyć się jakieś nieszczęście, które pośle kurs akcji na dno. Inwestor nie ma na to wpływu.

Zamiast poświęcać czas i energię na wyszukiwanie cudownych spółek, w zamian proponuję skupić się na tych aspektach, nad którymi mamy kontrolę. Brak wpływu na to, czy kurs akcji firmy, którą wkładamy do portfela, wzrośnie czy spadnie, jest oczywisty. Możemy mieć jednak kontrolę nad innymi parametrami tych akcji.

Jest to choćby ich korelacja z resztą spółek w portfelu. Jeśli wypełnimy portfolio papierami, które są ze sobą skorelowane, to cały portfel będzie obrywał w tym samym czasie i podczas globalnych spadków żadne aktywo nie będzie stanowiło przeciwwagi. To kwestia podstawowa.

Drugim parametrem, na który mamy wpływ, jest objętość spółki w portfelu. Czy dana firma powinna zajmować 1 czy 10% portfela? Często używa się tu parametru Sharpa. Chodzi o zmienność danej firmy. Jeśli mamy obok siebie dwie spółki, które dają zarobić 15% rocznie, ale pierwsza z nich charakteryzuje się wahaniami o zakresie 30%, a druga tylko o 10%, to zdecydowanie lepszą inwestycją będzie spółka numer dwa, ponieważ jest bardziej stabilna.

Tak powstaje wskaźnik Sharpa, czyli zysk podzielony przez zmienność firmy. W powyższym przypadku pierwsza spółka miałaby wskaźnik Sharpa na poziomie 0.5, a druga 1.5. Im wyższy wskaźnik, tym lepiej, bo to oznacza mniejsze wahania portfela przy zachowaniu porównywalnych wyników. Dlatego spółki z wyższym wskaźnikiem Sharpa powinny zajmować w portfolio większą wagę. Dzięki temu wygładzimy krzywą zysków i strat.

Trzecim parametrem, na który mamy wpływ, jest dobieranie spółek o odpowiednim współczynniku beta. Chodzi o to, jak spółki zachowują się względem benchmarku. Jeśli firma ma betę w wysokości 1.5, to oznacza, że gdy S&P 500 rośnie o 10%, nasza firma rośnie o 15% (o 1.5 raza tego, co rośnie benchmark). Jeśli S&P 500 spada o 10%, to firma z betą 1.5 spada o 15%.

W przypadku, gdy beta spółki wynosi 0.7, oznacza to, że gdy S&P 500 spadnie o 10%, to nasza firma spadnie tylko o 7%, a gdy S&P 500 wzrośnie o 10%, nasza spółka wzrośnie o 7%.

Nie trudno się domyślić, że w czasach prosperity i w okresie hossy dobrze mieć w portfelu spółki z wysoką betą, a w okresie spadków większą wagę przypisać spółkom defensywnym, czyli z betą poniżej jedynki. Tak działają wszystkie zautomatyzowane fundusze typu smart beta, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby ręcznie zastosować to podejście we własnym portfolio.

Więcej na ten temat pisałem w tekście: „Chcesz ograniczyć ryzyko? Dokup więcej akcji”

Czynników, na które mamy wpływ, jest cała masa (zarządzanie ryzykiem, hedging, manewrowanie wielkościami pozycji, dobór odpowiednich klas aktywów etc.), więc to na nich skupiłbym się w pierwszej kolejności, zamiast nieustannie gonić akcyjnego króliczka.


Zbyt wysoka cena akcji

Do tej pory zadziwia mnie, jak wiele osób podejmuje decyzje bazując na tym, ile kosztują dane akcje. Proste pytanie: czy 15 USD za akcje to dużo czy mało? A 500 USD? A co w sytuacji, gdy spółka nagle kosztowała 75 USD, a potem cena spadła do 50 USD. Czy to oznacza okazję, bo spółka stała się tania?

Otóż cena nie ma znaczenia. Żadnego. To tak, jakby w prawdziwym życiu ktoś zapytał was, czy 100 złotych to dużo czy mało. Nie da się odpowiedzieć na takie pytanie, ponieważ to zależy od tego, co za tę kwotę dostajemy.

W przypadku akcji dostać możemy tylko jedno – udział w zyskach firmy. Jeśli na jedną akcję kosztującą 500 USD przypada 100 USD zysku rocznie, to oznacza że inwestycja w pewnym sensie zwróci nam się po pięciu latach. Natomiast jeśli na akcje kosztujące 15 USD przypada jeden dolar zysku, to będzie oznaczało zwrot dopiero za piętnaście lat. W takim wypadku akcje kosztujące 500 USD okazują się wielokrotnie tańsze niż te kosztujące 15 USD.

Podobnie wiele osób nie rozumie fenomenu ciągłego pięcia się akcji (czy indeksów) do góry. Pięć lat temu spółka kosztowała 100 USD, potem 150 USD, dalej 200 USD, a dzisiaj kosztuje 500 USD. Czy to oznacza, że firma jest pięć razy droższa niż była pięć lat temu? I że musi przez to zaliczyć jakąś korektę? Nic z tych rzeczy. Cena akcji nie ma znaczenia, dopóki nie spojrzymy na to, co w tym czasie działo się z przychodami czy z zyskami firmy. Jeśli bowiem w podobnym tempie rosła sprzedaż, to wzrost kursu akcji jest jak najbardziej uzasadniony i obecna cena wcale nie oznacza przewartościowania.

Jeśli pięć lat temu akcja kosztująca 100 USD generowała 50 USD zysku, a dzisiaj ta sama akcja kosztująca 500 USD generuje 250 USD zysku, to można uznać, że cena akcji praktycznie się nie zmieniła. Spółka jest wyceniana dokładnie w ten sam sposób, w jaki była wyceniana pięć lat temu, ponieważ w dalszym ciągu jeden dolar wydany na zakup akcji generuje 0.50$ zysku.

Z tego właśnie powodu wymijająco odpowiadam na pytania o to, przy jakiej cenie docelowej zrealizuję zysk i sprzedam akcje, bo uznam że są przewartościowane. Na takie pytanie nie da się poprawnie odpowiedzieć, ponieważ cena nominalna akcji nie ma znaczenia.

Heraklit powiedział kiedyś, że jedyną stałą w życiu jest zmiana. A więc dopóki zmieniają się przychody firmy, dopóty cena akcji może rosnąć nie sprawiając, że papiery te nagle stają się droższe niż były do tej pory.


Sprawność w analizie technicznej

Raz na jakiś czas dostaję maila z załącznikiem, w którym znajduje się wykres z nakreślonymi różnymi kreskami, kwadratami, trójkątami, liniami, falami i Bóg wie czym jeszcze. W treści maila dołączone jest pytanie o to, co myślę o wejściu w tę spółkę, bo z analizy technicznej wynika, że warto.

Serio?

Mam wrażenie, że popularność analizy technicznej w dużej mierze bierze się z tego, że jest prosta. Łatwo się jej nauczyć. Łatwo ją stosować. Wszyscy chętnie dzielą się swoją wiedzą na temat kreślenia po wykresach. Właściwie każdy używa analizy technicznej, bo to jest najmniejsza linia oporu. Już sam ten fakt powinien dawać do myślenia.

Po co mam się zagłębiać w sprawozdania finansowe, przepływy pieniężne, strukturę zadłużenia, prognozy na przyszłość; po co analizować branżę i gospodarkę; po co skupiać się na polityce danego regionu etc., skoro wystarczy uruchomić wykres, naszkicować parę kresek i po paru sekundach już wiadomo czy warto czy nie warto. Genialne, prawda?

Zastanówcie się chwilę nad tym. Gdyby skuteczność analizy technicznej była tak wysoka, to na giełdach w ogóle nie mielibyśmy ludzi, a wszystkim rządziłyby algorytmy rozpoznające określone wzorce cenowe i podejmujące na tej podstawie działania. Hej, chwileczkę. Ale skoro jedne algorytmy nauczyłyby się jakie sygnały są sygnałami kupna, a jakie sygnałami sprzedaży, to dlaczego w momentach idealnych na zakup, ktokolwiek inny miałby sprzedawać im swoje akcje? Gdyby wszyscy wiedzieli, że wystąpienie określonej formacji na wykresie oznacza moment zakupu, bo akcje z pewnością zaraz urosną, to kto u diabła miałby wtedy sprzedawać?

Zwykła logika podpowiada, że nie może istnieć metoda, która będzie sprawdzała się w ponad pięćdziesięciu procentach przypadków, bo… zaraz przestanie się sprawdzać. Do każdego kupującego liczącego na wzrosty musi bowiem zostać dopasowany przynajmniej jeden sprzedający liczący na spadki (inaczej nie sprzedawałby akcji). Gdyby rzeczywiście istniały obiektywne sygnały świadczące o dużym prawdopodobieństwie wystąpienia wzrostów w określonych momentach, to zwyczajnie nie było by wtedy wystarczającej liczby sprzedających.

Używanie analizy technicznej do wybierania spółek na inwestycję to pójście na łatwiznę. Chodzenie na łatwiznę nie działa. Analiza techniczna ułatwia co prawda wizualne dostrzeżenie pewnych rzeczy, np. czy zmiana ceny przyspiesza czy zwalnia albo gdzie znajduje się granica dwa sigma, ale to powinno służyć jedynie temu, aby wybrać odpowiedni moment wejścia na rynek lub ustawić racjonalny poziom stop loss, korzystając z odchylenia standardowego czy ze wskaźników typu ATR.

Zapewniam was jednak, że nikt w zawodowym świecie nie podejmuje decyzji inwestycyjnych bazując na analizie technicznej. To jest wyłącznie narzędzie służące jako asysta przy wybieraniu poziomów wejścia lub wyjścia, przy badaniu impetu zmiany ceny w celu wyłapania potencjalnych momentów zwrotnych i tak dalej. Analiza techniczna nie odpowiada na pytanie „co kupić”, tylko „kiedy to kupić”.

No a poza tym czytanie wykresów jest bardzo subiektywne, ponieważ pokazując jeden obraz pięciu osobom, każda z nich może na nim dostrzec coś zupełnie innego. W dodatku, nawet jeśli dwie osoby zauważą to samo, to i tak mogą ten znak zinterpretować na różne sposoby. Z tego powodu nie da się obiektywnie zmierzyć czegoś takiego jak „skuteczność analizy technicznej”.


Szum i krótkoterminowe wahania

Szum, szum, szum. Na giełdach mamy szum. W krótkim terminie ceny zachowują się losowo. Na pewno sami nie raz to zauważyliście – są publikowane dobre wyniki, a mimo tego cena potrafi spadać. Pojawia się pozytywna informacja, a na giełdzie mamy zjazd. To efekt losowości. Niczego więcej.

Na tę losowość wpływają choćby wydarzenia polityczne, medialne zamieszanie, chwilowy sentyment, ruchy dużych graczy, handel algorytmiczny, rebalansowanie się funduszy ETF, dołączanie i wyłączania spółek z indeksów, insider trading i cała masa innych pozamerytorycznych czynników.

Nie ma więc sensu w kółko zastanawiać się nad tym, dlaczego dzisiaj coś spada akurat o 3%, a wczoraj rosło o 4%. Bardzo często nie ma ku temu żadnego powodu. Na tym polega handel. Na tym polega wymiana. Na tym polega popyt i podaż, które poddają się chwilowym wahaniom.

W dłuższym terminie oczywiście to wszystko będzie miało znaczenie drugorzędne, bo w dłuższym terminie (1-3 lata) to zawsze fundamenty będą górą. Jeśli spółka cały czas generuje coraz wyższe przychody, wchodzi na nowe rynki, wypuszcza unikalne produkty, wypłaca coraz większą dywidendę i tak dalej, to prędzej czy później zostanie zauważona przez inwestorów. Jak nie po pierwszym kwartalnym sprawozdaniu, to po drugim; jak nie po drugim, to po trzecim; jak nie po trzecim, to po rocznym. Inwestorzy nie przepuszczają dobrych okazji, trzeba im dać tylko trochę czasu na odkrycie perełek, które my znaleźliśmy wcześniej.

Często mam wrażenie, że sporo osób podejmuje decyzję o wejściu w dane aktywa z perspektywą długoterminową, ale potem w międzyczasie zmienia zdanie i przy wychodzeniu zaczyna już kierować się kryteriami krótkoterminowymi.

Jak ktoś dzisiaj inwestuje w akcje firmy wydobywającej uran i zakłada, że popyt na ten materiał wzrośnie dopiero w 2020 lub 2021 roku, kiedy w Azji ruszą wszystkie nowobudowane elektrownie, to dlaczego interesuje go to, że w 2018 roku cena akcji spadła o 10%? Jakie to ma znaczenie? Jeśli pierwszej jaskółki zwiastującej wiosnę spodziewasz się dopiero w 2020 roku, to odpuść sobie patrzenie na notowania i zajrzyj do nich dopiero w 2021 roku, kiedy opublikowane zostaną wyniki za 2020 r. Jakie znaczenie ma to, ile spółka jest warta dzisiaj? Znaczenie będzie miało to, za ile sprzedasz ją po trzech latach, bo taką masz perspektywę inwestycyjną.

Jeśli ktoś inwestuje w kobalt licząc na przyszłość usłaną samochodami elektrycznymi, to po co dywagować na temat tego, co z ceną kobaltu dzieje się dzisiaj i martwić się tym, że obecnie kurs spółek wydobywczych spada. Przecież dzisiaj nie nastąpił jeszcze katalizator, na podstawie którego podjęliśmy decyzję o wejściu w daną inwestycję. Jak stawiamy na przyszłość wypełnioną samochodami elektrycznymi i już dzisiaj chcemy w to zainwestować, to zapakujmy papiery do portfela i zajrzyjmy do nich dopiero wtedy, gdy na ulicy co trzeci samochód będzie miał silnik elektryczny. Dopiero wtedy okaże się czy mieliśmy rację co do popytu na kobalt.

Trzeci przykład, o który cały czas dostaję pytania, to Pakistan. Sporo osób w zeszłym roku postawiło na Pakistan grając pod Jedwabny Szlak 2.0, czyli pod rozbudowę infrastruktury za chińskie pieniądze, co poskutkuje przekształceniem Pakistanu w kraj tranzytowy i stworzy z niego drogę handlową pomiędzy Chinami i Europą. Bardzo fajna wizja. Problem w tym, że infrastruktury w postaci elektrowni, lotnisk, portów i tuneli nie wybuduje się w pół roku. Tu pojawia się znowu ten sam problem, bo jeśli ktoś wszedł w tę inwestycję już teraz licząc na rozwój gospodarczy (realny dopiero po wybudowaniu infrastruktury), to nie powinien oceniać tej inwestycji wcześniej niż za kilka lat.

Mam nieodparte wrażenie, że sporo osób popełnia ogromny błąd myśląc, że są inwestorami długoterminowymi, podczas gdy w rzeczywistości ich styl to krótkoterminowa spekulacja. Nie mówię tego w sensie pejoratywnym, bo nie mam nic przeciwko spekulacji. Uważam jednak, że w pierwszej kolejności każdy powinien się zastanowić po co tak właściwie jest na giełdzie. Dla rozrywki, zabicia czasu i dla częstego zawierania transakcji czy raczej po to, żeby wybrać dobre spółki czy dobre gospodarki i zainwestować w nie na długie lata?

Wiele osób chce być jak Warren Buffett, ale niewiele osób zastanawia się czy Warren Buffett wyprzedaje swoje akcje Apple czy Coca-Coli za każdym razem kiedy na wykresie widzi formację głowy z ramionami albo kiedy S&P 500 zalicza zjazd o dziesięć procent w tydzień. Nie. Warren Buffett trzyma te akcje od lat osiemdziesiątych, co jakiś czas regularnie dokupując kolejne pakiety w dołkach. A trzyma je dlatego, że to ciągle są dobre spółki, które nieustannie zwiększają swoje przychody. Nie ma tu znaczenia, że kiedyś cena akcji Apple wynosiła 1 USD, a dzisiaj wynosi 185 USD. Jeśli spółka cały czas ma silne fundamenty i pracuje na swój rozwój, to po co ktoś w ogóle kiedykolwiek mógłby chcieć się jej pozbywać?

Żeby nie być gołosłownym:

W ciągu ostatnich dwóch lat fundusz Warrena Buffetta aż osiem razy uzupełniał swoją pozycję na akcjach Apple, wykorzystując lokalne dołki

PS. Drobna rada na koniec. Jeśli nie wiesz jeszcze jakim typem handlarza jesteś – krótkoterminowym spekulantem czy długoterminowym inwestorem – to podziel swój kapitał na pół i stwórz sobie po prostu dwa oddzielne portfele. Jeden typowo inwestycyjny na długie lata, a drugi krótkoterminowy spekulacyjny, w którym będziesz mógł w pełni wykorzystać swoje giełdowe ADHD.

Pięć rzeczy, którym początkujący inwestorzy poświęcają zbyt dużo uwagi
5 Ocen: 14