Skip to content

Zamieszanie w Pakistanie. Czas żeby uciekać czy żeby dokupić więcej?

Rodzina pakistańskiego (do niedawna) premiera Nawaza Sharifa wpadła w kłopoty. W poniedziałek 9 października 2017 roku on sam, jego córka, jej mąż oraz dwaj synowie ex-premiera staną przed sądem oskarżeni o to, że nie ujawnili w pełni całego swojego majątku, który zgromadzili za granicą. A jak wynika z przecieku znanego jako „Panama Papers” majątek ten obejmował choćby luksusowe mieszkania w Londynie nabyte za pośrednictwem spółek offshorowych. Co potencjalny koniec rodziny Sharifów u władzy oznacza dla demokracji, gospodarki i dla pakistańskiej giełdy?


Roller coaster w Hindukuszu

Notowania spółek z parkietu w Karachi przypominają ostatnio przejażdżkę kolejką górską. Od kiedy w 2016 roku zarządzający z MSCI Inc. ogłosili, że przenoszą Pakistan z indeksu frontier do emerging markets, giełda wspięła się o 50% do góry i wszystko było na dobrej drodze, żeby rajd ten trochę jeszcze potrwał.

Potem jednak odgrzany został kotlet usmażony przez panamską kancelarię prawną Mossack Fonseca, która nie potrafiła zabezpieczyć danych swoich klientów przed ujawnieniem ich całemu światu(!), dzięki czemu wszyscy dowiedzieli się, że rodzina premiera Nawaza Sharifa ma więcej majątku niż mieć powinna.

Demokratyczna machina poszła w ruch. Sąd Najwyższy zareagował i premier szybko przestał być premierem. Giełda runęła o niemal 30%. Wielu inwestorów zachodzi w głowę czy to już koniec czy dopiero początek spadków.

Sytuacja przypomina z pozoru to, co działo się niedawno z prezydentem Brazylii, ale tak naprawdę jest to zupełnie inna historia. W Brazylii do przejęcia władzy po prezydencie nie czaiło się bowiem tuż za rogiem przepotężne wojsko.


Sztuka wojny w nowych czasach

Wizja zamachu stanu i przejęcia władzy przez generałów zawsze wydaje się groźna. Tylko że w przypadku Pakistanu to akurat nie było by nic nadzwyczajnego. I niekonicznie coś złego.

Armia od jakiegoś czasu dość mocno krytykuje rząd za to, że ten nie pobudza wystarczająco ekonomii, nie próbuje zatrzymać osłabiania się waluty, nie wykorzystuje dostatecznie funduszy płynących z Chin oraz nie robi nic, aby wspomóc eksporterów i odwrócić ujemny bilans handlowy.

Ten ostatni zarzut jest trochę chybiony, bo ujemny bilans handlowy wynika głównie z tego, że Pakistan rozpoczął jakiś czas temu potężne zakupy na terenie Chin. Rząd nie miał tu za bardzo wyboru, bo chodzi o materiały i wyposażenie potrzebne do największego chyba tego typu projektu na świecie, czyli do odbudowy Jedwabnego Szlaku.

Swoją drogą, jest to dość pomysłowe zagranie chińskiego rządu, który pożycza Pakistanowi 62 mld dol. na odbudowę dróg, mostów, portów, lotnisk i tuneli, ale wymaga, aby spora część tych inwestycji prowadzona była przez chińskie firmy, przy użyciu chińskiego sprzętu i chińskich materiałów. W ten sposób znaczna kwota z pożyczonych 62 mld dol. i tak błyskawicznie wróci do chińskiej gospodarki powiększona jeszcze o odsetki.

Ale wracając do pakistańskiej armii. Co tak naprawdę oznaczałoby przejęcie władzy przez generałów? Prawdopodobnie tylko mocniejszą kontrolę nad walutą, mocniejsze nawiązanie relacji z Chinami (które popierają pakistańską armię) i bardziej autorytarne spojrzenie na gospodarkę. Przy czym mówiąc o autorytarnym spojrzeniu nie mam na myśli określenia pejoratywnego.

Jak pokazują przykłady Tajlandii, w której armia przejęła władzę w 2014 roku czy wybór autorytarnego (za mało powiedziane) prezydenta Rodrigo Duterte na Filipinach w 2016 r., oba te przypadki spowodowały na krajowych giełdach najpierw lekki, choć gwałtowny, spadek, a wkrótce potem potężne odbicie, które zasięgiem wielokrotnie przekroczyło pierwotny zjazd.

Silna ręka rządu położona na krajowej gospodarce to dobry znak dla lokalnych firm, dla wyników finansowych i dla kursów na giełdzie. Zwłaszcza kiedy silna ręka należy do armii, której w tym przypadku bardzo zależy na ekonomicznym rozwoju i na stabilności gospodarczej.

Schodząc jednak na ziemię, wizja wojskowego przewrotu jest dość mało prawdopodobna. Armia pakistańska posiada i tak bardzo duży wpływ na słabą władzę cywilną, więc teoretycznie nie ma specjalnego powodu, by planować ryzykowny zamach.


Pseudonim „Feniks”

No i nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu, bo premier Nawaz Sharif nie pierwszy raz występuję w roli premiera oskarżonego o korupcję. Spotyka go to od lat dziewięćdziesiątych.

Do tej pory udało mu się niczym Feniksowi podnosić z popiołów i odradzać na nowo. Być może i tym razem będzie podobnie. Zwłaszcza, że w dalszym ciągu Sharif ma bardzo silne poparcie (podobnie jak jego żona i córka) swojego ugrupowania politycznego oraz rzeszy wyborców. Niedawno został zresztą ponownie wybrany na przewodniczącego największej partii parlamentarnej, która stoi za nim murem.

Tak więc najbardziej prawdopodobne jest chyba, że Sharif pozostanie na czele partii, lecz oficjalnie funkcję premiera pełnić będzie kto inny (pamiętacie tandem Putin-Miedwiediew?). Jaki by więc poniedziałkowy wyrok sądu nie był, to de facto władza i tak prawdopodobnie pozostanie w rękach byłego premiera oraz jego coraz bardziej popularnej w kraju córki, która nie ukrywa politycznych aspiracji.

Bez względu na to czy będzie kierował z górnego czy z dolnego pokładu, Sharif u steru to także dobry znak dla pakistańskich firm. Ex-premier sam był biznesmenem, ciągle ma duże poparcie właścicieli krajowych spółek, no i nie da się ukryć, że to właśnie za swoją przedsiębiorczość i finansową zaradność staje teraz przed sądem.

Tak więc bez względu na to jak potoczą się losy premiera oraz tego, który scenariusz się spełni, nie powinno to wpływać w żaden sposób na nadchodzący katalizator do giełdowych wzrostów, czyli na furę juanów, które powoli zaczęły już spływać do Pakistanu w ramach odbudowy Jedwabnego Szlaku.

To prawda, że spora część tych pieniędzy wróci do Chin, ale infrastruktura, którą te pieniądze stworzą, pozostanie w Pakistanie na wiele długich lat czyniąc kraj bardziej przyjaznym dla zagranicznych koncernów.

Duża porcja pieniędzy zostanie także w rękach pakistańskich przedsiębiorstw i ich pracowników. Na takim rozkręceniu gospodarki skorzystają wszyscy, od firm dostarczających energię, przez cementownie i cały sektor budowlany, po banki, hotele i stacje paliwowe.

To wszystko prędzej czy później odbije się pozytywnie na wynikach giełdowych spółek bez względu na to, jak na nazwisko będzie miał przyszły premier Pakistanu.


Werdykt?

Momenty, w których leje się krew (nawet w przenośni) i spada sentyment inwestorów, zazwyczaj okazują się potem świetnymi okazjami do kupna. Wystarczy spojrzeć na przykład Brazylii z przed kilku miesięcy

W dodatku po ostatnich spadkach Pakistan stał się jednym z najtańszych rynków wschodzących (Forward P/E 9.7) ze zbliżającym się potężnym katalizatorem do napompowania zysków w postaci zastrzyku 62 mld dol. gotówki płynącej z Chin.

W dłuższej perspektywie to nie polityczne zamieszanie, lecz PKB i EPS-y kształtują kursy akcji na giełdzie. A w przypadku Pakistanu jedno i drugie na najbliższe lata wygląda bardziej niż obiecująco.

Sporym plusem inwestycji w Pakistanie jest też to, że jego indeks nie jest skorelowany właściwie z niczym, a więc będzie to świetna dywersyfikacja portfela z punktu widzenia osoby inwestującej głównie w zachodnie aktywa.

Tylko nie dajmy się też zwariować i nie przesadzajmy w drugą stronę. Moim zdaniem inwestycja w Pakistanie nie powinna przekraczać maksymalnie 10% portfela. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś jednak poszło nie tak.