Skip to content

Goldman Sachs uruchomił ETF-a, który naśladuje ruchy funduszy hedgingowych. Nie dajcie się nabrać na tę ściemę

ETF naśladujący fundusze hedgingowe?Fundusz ETF o symbolu GVIP wystartował 3 listopada 2016 roku i notowany jest na nowojorskiej giełdzie NYSE Arca. Kupić go może każdy z nas. W teorii ETF ma ułatwić inwestorom indywidualnym skopiowanie strategii stosowanej przez potężne fundusze hedgingowe. Okazuje się jednak, że teoria ta jest odrobinę oderwana od rzeczywistości.

Zgodnie ze swoimi założeniem, fundusz będzie inwestował tylko i wyłącznie w dziesięć najpopularniejszych akcji, które najczęściej wybierane są przez amerykańskie fundusze hedgingowe. Teoretycznie wygląda to na świetny pomysł. Przynajmniej dla Goldman Sachs.


Łowcy jeleni

Ale zacznijmy od początku. Skoro ETF ma naśladować działania aktywnie zarządzanych funduszy, to jego skład musi być zmienny i teoretycznie co kwartał portfel może wyglądać zupełnie inaczej. Czemu akurat co kwartał? Tu właśnie pojawia się pierwsza ciekawostka.

W USA wszystkie fundusze hedgingowe mają obowiązek raportować do organów nadzorczych to, jakie akcje kupują. Potem zresztą informacje te są ujawniane publicznie. Pierwszy problem jest taki, że fundusze swoje raporty składają tylko raz na kwartał.

W praktyce oznacza to, że ETF Goldmanów w grudniu może składać się z aktywów, których fundusze hedgingowe nie mają w swoich portfelach już od początku października. Raport o stanie posiadania składany jest bowiem na ostatni dzień kwartału, czyli np. z końcem września. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, aby pierwszego października fundusz pozbył się wszystkich akcji, które zaraportował dzień wcześniej. My jednak dowiemy się o tym dopiero za trzy miesiące. Przez ten czas będziemy natomiast święcie przekonani, że posiadamy w portfelu dokładnie te same akcje, co fundusz hedgingowy. Ups.

Drugi problem jest jeszcze poważniejszy. Fundusze hedgingowe mają obowiązek raportować jedynie zawartość skromnej części, a nie całości swojego portfela. Obowiązek ujawniania posiadanych aktywów dotyczy wyłącznie pozycji LONG (gra na wzrosty) i wyłącznie akcji amerykańskich. No i co z tego — zapytacie.

Ano to, że tych parę spółek z portfela funduszu, o których się dowiemy, często jest jedynie ułamkiem całej skomplikowanej strategii inwestycyjnej i w oderwaniu od reszty nic nie znaczy.


Dlaczego nie wygramy z Wall Street

W prawdziwym świecie, fundusz posiadający akcje spółek X, Y i Z może rzeczywiście mieć do nich w długim terminie podejście prowzrostowe, ale jednocześnie może założyć, że spółki te w krótszym terminie przyniosą ogromne straty. Dlatego posiadane pozycje długie fundusz zabezpieczy w tym samym czasie przeciwstawnymi pozycjami krótkimi, np. opcjami PUT na te same papiery. Takie rozwiązanie pozwoli zarobić zarówno na spadkach akcji X, Y i Z w krótkim terminie, jak i na wzrostach tych samych walorów w terminie dłuższym.

Problem w tym, że nigdy się o tym nie dowiemy. A to dlatego, że fundusz ma obowiązek ujawniać tylko swoje pozycje długie! Dlatego wyciąganie jakichkolwiek wniosków odnośnie strategii funduszu, patrząc wyłącznie na jego pozycje LONG, z góry skazane jest na niepowodzenie. Szybko może się bowiem okazać, że tracimy pieniądze, podczas gdy fundusze zarabiają, chociaż teoretycznie mamy w portfelu dokładnie to samo co fundusze hedgingowe (tak przynajmniej sądzimy).

Pomysł Goldman Sachs od początku do końca jest więc poroniony i z naśladowaniem strategii funduszy inwestycyjnych nie ma nic wspólnego. No ale zaraz, czy w największym inwestycyjnym banku świata pracują idioci, którzy tego nie wiedzą? Wręcz przeciwnie. Patrząc ze zupełnie innej perspektywy, pomysł Goldmana jest genialny. Dla Goldmana.

Wartość aktywów posiadanych przez fundusz wynosi zaledwie… 20 mln dolarów. Mimo tego, już na wstępie daje to Goldmanom roczny zarobek w wysokości ok. 90 000 USD (opłata 0,45% za zarządzanie ETF-em). Do tego dochodzą pieniądze, które można zarobić na arbitrażu. Są to co prawda śmieszne kwoty dla banku, który osiąga roczne przychody w wysokości 33 miliardów dolarów, ale pamiętajmy, że ETF istnieje dopiero kilka dni.

Skromna wartość funduszu sugeruje jednak do kogo jednostki ETF są skierowane. Do przeciętnego inwestora z ulicy, który nie dysponuje dużymi pieniędzmi i nie ma większego pojęcia o giełdzie, inwestowaniu, ani o tym, jak działają fundusze hedgingowe. Mam wrażenie, że drugie 20 mln dolarów przeznaczonych zostanie na marketing, który wypromuje nowy rewelacyjny pomysł na zarabianie pieniędzy hasłami: „Stwórz swój własny fundusz hedgingowy i zostań nowym wilkiem z Wall Street”.


Nie ma już dla nas żadnej nadziei?

No ale może tych dziesięć spółek z portfeli funduszy hedgingowych wcale nie będzie takich złych w dłuższej perspektywie? Cóż. Po pierwsze, tymi dziesięcioma spółkami na koniec drugiego kwartału 2016 były, m.in. Apple (PB 4.53), Microsoft (PB 6.50), Alphabet (PB 3.90) czy perełka Amazon (PB 20.00). Przypominam, że spółkę uznaje się za przewartościowaną przy wskaźniku PB przekraczającym 2.

Jako wisienkę na torcie dodam, że ETF GVIP w sensie technicznym śledzi indeks stworzony przez bank już jakiś czas temu, który nazywa się Hedge Fund VIP Index. Dlatego, pomimo tego, że ETF powstał dopiero kilka dni temu, już teraz można sprawdzić jego hipotetyczne wyniki, np. za ostatnich 12 miesięcy.

Siedzicie? Indeks Goldmana w stosunku do benchmarku (S&P 500) od połowy 2015 do połowy 2016 roku był… 15% na minusie.

Jaki z tego wniosek? Nigdy nie ufaj Goldman Sachs. A na poważnie, bezrefleksyjne kopiowanie czyjejś strategii inwestycyjnej jest kiepskim pomysłem. Fatalnym nawet. Dużo lepszym rozwiązaniem jest już kupienie jednostek funduszu indeksowego (czyli naśladującego np. S&P 500), który w 99% przypadków spisuje się lepiej niż wszystkie inne ręcznie zarządzane fundusze inwestycyjne, o czym zresztą pisał niedawno Financial Times.