fbpx

Rzeź niewiniątek dobiega końca. Czy to już czas, żeby zainwestować w chińskie spółki?

44, 50, 56, 63. O tyle procent spadły od swojego szczytu akcje takich spółek jak Tencent, Alibaba, Meituan czy Pinduoduo. Trudno tu nawet mówić o korekcie. Lepszym określeniem na to, co ostatnio stało się z największymi chińskimi spółkami, będzie po prostu „rzeź”. Pytanie tylko: czy dobiega już ona końca, czy może jednak dopiero się rozkręca?


O co poszło?

Pierwszy sygnał ostrzegawczy chińska partia wysłała jeszcze w listopadzie zeszłego roku, kiedy przed największym giełdowym debiutem w historii hongkońskiej giełdy władze w ostatniej chwili zastopowały IPO wydzielonej z Alibaby firmy Ant Financial.

Oficjalnie chodziło o powstrzymanie rosnącego w siłę pośrednika finansowego, który działa poza regulacjami bankowymi i wymyka się wszelkim możliwym przepisom. Nieoficjalnie natomiast partia postanowiła utrzeć nosa jednemu z najbogatszych Chińczyków, bo ten zalazł jej za skórę. Jack Ma, twórca i wieloletni prezes Alibaby, na pewnym publicznym spotkaniu beształ rządzących za ślamazarność i nieudolność, twierdząc, że tacy ludzie nie nadają się nawet do… prowadzenia lombardu.

W ciągu kolejnych miesięcy Jack Ma stracił ponad 76 miliardów dolarów.

Prywatna zemsta wodza partii czy dbanie o stabilność systemu finansowego? A może jedno i drugie? Tak czy owak, z perspektywy czasu okazało się, że był to zaledwie pierwszy krok do rozprawienia się z coraz potężniejszym chińskim sektorem technologicznym (i nie tylko z nim).


Kapitalizm kaput

Na pierwszy ogień poszła branża zajmująca się prywatną edukacją, która w Państwie Środka kwitła w najlepsze. Chińczycy bardzo chętnie wydawali ostatnie pieniądze na dodatkowe lekcje dla swoich pociech, licząc, że kiedyś wyhodują z nich drugiego Jeffa Bezosa, czy raczej drugiego Jacka Ma.

Problem w tym, że wyścig młodocianych szczurów zaczął się wymykać spod kontroli i wreszcie część osób uświadomiła sobie nienormalność sytuacji, w której kilkuletnie dzieci mają kalendarz zajęć wypełniony szczelniej niż niejeden CEO.

W tym momencie wkroczyła partia. Najpierw powstał zakaz organizowania dodatkowych zajęć po godzinie 21 i w weekendy. Potem zakaz reklamowania w telewizji usług korepetytorów. W trzecim akcie sięgnięto po broń ostatecznej zagłady i postanowiono, że dla ogólnego dobra od teraz spółki zajmujące się edukacją mogą działać wyłącznie w formule non profit. Dostęp do giełdy i do finansowania dla nowych podmiotów również został zamknięty.

Największe firmy z tego sektora, takie jak New Oriental Education czy TAL Education, spadły już o ponad 90% i sukcesywnie zmierzają w kierunku zera. Narzucenie im funkcjonowania non profit oznacza de facto koniec ich modelu biznesowego. W odniesieniu do nich spadki na giełdzie wydają się więc całkowicie uzasadnione.

Chińska partia nie spoczęła jednak na laurach i rychło zabrała się za inne spółki, które – jej zdaniem – także działają na szkodę społeczeństwa. Mowa o gigantach technologicznych dominujących w sferze płatności mobilnych, handlu online czy szeroko rozumianej rozrywki, która doczekała się ostatnio łatki „opium dla mas”.

Partii nie podobają się dwie rzeczy: to, że firmy pokroju Tencenta czy Alibaby zbierają o Chińczykach tyle informacji, ile o Amerykanach Google, Facebook i całe NSA razem wzięte, a także to, że chińskie dzieciaki większość wolnego czasu spędzają przed monitorami, na graniu w gry komputerowe. Oba problemy wydają się realne i chęć uporządkowania kwestii prywatności w internecie (na wzór europejski zresztą) czy reglamentowania czasu spędzanego online przez dzieci może w dłuższej perspektywie faktycznie wyjść obywatelom na dobre.

Do tego dochodzą inne sprawy, z którymi niedawno borykał się również Zachód, na przykład odpowiednie wynagradzanie i traktowanie dostawców jedzenia, kierowców firm uberopodobnych etc. Po raz kolejny – partia rzeczywiście może mieć dobre intencje i nie wymyśla niczego, co na Zachodzie nie obowiązywałoby już od jakiegoś czasu. A jednak chińska giełda zareagowała popłochem o wiele większym, niż sugerowałaby logika.


Co dalej z giełdą?

To, co dobre dla ludu, niekoniecznie będzie dobre dla spółek giełdowych rządzonych twardą ręką kapitalizmu. Wprawdzie jest to oczywiste, ale, ale!

W przypadku edukacji temat jest już faktycznie zamknięty, natomiast w przypadku dostaw jedzenia, płatności za pomocą kodów QR, zbierania danych o internautach czy całej społeczności graczy mówić można wyłącznie o pewnych „niedogodnościach” w modelu biznesowym największych chińskich spółek.

To prawda, że od teraz Alibaba nie będzie mogła wymuszać na sprzedawcach podpisywania lojalek. To prawda, że Tencent będzie musiał ograniczyć czas, jaki małoletni spędzają, grając w jego gry. To prawda, że DiDi będzie musiało lepiej wynagradzać kilkadziesiąt milionów swoich kierowców. Czy jednak w rezultacie wszystkie te firmy znikną z rynku albo staną się niedochodowe? Nic z tych rzeczy. Przerabialiśmy to na Zachodzie. Po prostu z początku firmy dostaną po kieszeni, a ich zyski będą rosły w tempie nie 50%, ale 20% czy 30% rocznie.

Niższe zyski przekładają się na niższe wskaźniki. Bezpardonowa ingerencja partii oznacza większe ryzyko także dla innych sektorów, co z kolei sprawia, że w modelach analizujących chińskie spółki pojawi się teraz większe dyskonto, wpływające na ich obniżoną wycenę. Fakt, ale… fakt, który już się wydarzył. To ryzyko zmaterializowało się w ciągu ostatnich miesięcy. Krew na giełdzie już się polała. Teraz nadszedł czas na zadawanie pytań i na spokojną analizę odpowiedzi.

Między bajki można włożyć opowieści o tym, że chińska branża technologiczna jest skończona, że należy uciekać z tamtejszego rynku i nigdy na niego nie wracać albo że nagle z inwestowania przerzucamy się na spekulowanie. To tak nie działa.

Chiny w dalszym ciągu stanowią drugą co do wielkości gospodarkę świata (a w perspektywie kilkunastu lat zostaną pewnie największą) i na tamtejszym rynku po prostu trzeba być. Zwłaszcza że Chińczycy są społeczeństwem coraz bardziej zdigitalizowanym, w którym potencjał do tworzenia efektu skali jest jeszcze przeogromny – tak jak przeogromne są ilości osób migrujących nieustannie ze wsi do miast i przeskakujących do coraz wyższych klas społecznych.

Chiny to miejsce, gdzie spółki takie jak Tencent czy Alibaba jeszcze co najmniej przez dwie dekady będą miały zapewniony ciągły napływ nowych klientów. Warto na to postawić. Szczególnie że właśnie mamy do czynienia z okazją, jakiej na chińskim rynku nie było od pięciu lat. Szkoda byłoby ją przegapić.


Oceń post

Udostępnij post

  • Transakcje dnia
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo