Skip to content

Manewrowanie wielkością pozycji może być tym brakującym składnikiem sosu w wielu strategiach inwestycyjnych

Są inwestorzy, którzy stawiają wszystko na jedną kartę i kupują cały pakiet akcji w jednej transakcji, modląc się potem, żeby kurs od tego momentu już tylko rósł. Są też jednak i tacy, którzy wiedzą, że prawdopodobnie nie uda im się kupić akcji w idealnym dołku, dlatego rozkładają ten zakup na wiele dni czy nawet tygodni i nabywają akcje partiami, uśredniając w dół łączną cenę zakupu. To tylko jedna z wielu zalet manewrowania wielkością zajmowanej pozycji.


Jak kupować akcje w samym dołku?

Załóżmy, że mamy do dyspozycji 100 000 zł. Za 10% tego portfela postanawiamy kupić 100 akcji XYZ, które zaliczyły porządną korektę spadając ostatnio ze 130 zł do równych 100 zł za sztukę. Kurs zleciał już tak bardzo, że wydaje się, iż może to być ostateczne dno, od którego akcje wkrótce się odbiją. Postanawiamy zaryzykować.

Najprościej jest oczywiście kupić 100 akcji w jednej transakcji, wydając na to 10 000 zł i liczyć, że kurs zacznie rosnąć. Niestety jest to bardzo mało prawdopodobne, bo to oznacza, że musielibyśmy z naszym zakupem trafić akurat w ten jeden jedyny dzień, w którym kurs osiągnął już absolutne dno. Jak duże są na to szanse? No cóż, w ciągu roku mamy jakieś 250 dni handlu na giełdzie. Najniższy dołek w tym czasie może wystąpić tylko w trakcie jednego dnia. Sami obliczcie prawdopodobieństwo jego trafienia.

Nawet jeśli horyzont roczny to zdecydowana przesada, weźmy bardziej realne trzy tygodnie, które dajemy sobie na zakup. 15 dni tradingowych. Jak duża szansa istnieje na to, że już za pierwszym razem wybierzemy na zakup akurat ten dzień, w którym kurs znajduje się najniżej i po naszym zakupie będzie już tylko rósł?

No właśnie. Co więc w takiej sytuacji można zrobić? Najprościej jest oczywiście zabezpieczyć transakcję opcjami, ale jeśli z jakiegoś powodu nie chcemy używać opcji, to można pobawić się odpowiednim doborem wielkości pozycji.

W praktyce więc, kiedy upatrzyliśmy sobie już idealny dzień na zakup, to możemy spróbować kupić akcje tylko za połowę docelowej kwoty, czyli w tym przypadku 50 akcji po 100 zł, wydając na to 5000 zł. Jeśli kurs spadnie dalej, np. do 90 zł, to możemy wtedy dokupić pozostałą część za 4500 zł (50 akcji x 90 zł). W ten sposób będziemy mieli 100 akcji tak jak planowaliśmy, ale kupionych po średniej cenie 95 zł, a nie 100 zł. Zaoszczędzimy na tym 500 zł.

Drugim rozwiązaniem jest kupienie znowu tylko połowy z pozostałej połowy, czyli 25 akcji po 90 zł i czekanie co się stanie. Jeśli kurs dalej będzie spadał, to dokupujemy wtedy brakujące 25 akcji po jeszcze niższej cenie. W ten sposób jeszcze bardziej uśredniamy cenę zakupu w dół. To wszystko oczywiście pod warunkiem, że w dalszym ciągu wierzymy w naszą spółkę, w jej fundamenty i w to, że spadki są tylko przejściową korektą.

Dzięki temu mieliśmy nie jedną, ale aż trzy szanse na to, że z zakupem przynajmniej części akcji trafiliśmy w ostateczny dołek. W takiej sytuacji zawsze wyjdziemy na tym lepiej niż ktoś, kto od razu kupił cały pakiet po cenie 100 zł za akcję.

A co jednak w przypadku, gdy kupimy tylko 50 akcji przy cenie 100 zł i kurs rzeczywiście w tym momencie odbije się od dna i zacznie rosnąć? Choć jest to mało prawdopodobne, może się tak zdarzyć, dlatego mamy wtedy dwie możliwości.

Pierwsza to taka, że cieszymy się, iż udało nam się kupić chociaż tych 50 akcji i mówimy sobie, że lepiej stracić okazję niż pieniądze.

A druga możliwość oznacza czekanie na odwrót, aby dokupić brakującą część. Żaden kurs (no, większość) nie rośnie pionowo do góry. Wzrosty akcji przypominają zygzak: idą trochę do góry, potem spadają w dół, potem znowu idą do góry, później znowu spadają i tak dalej. Czekamy więc na taki spadek, który przychodzi po wzrostach i dokupujemy resztę akcji za pozostałą kwotę.

Tylko tu znowu stajemy przed tym samym dylematem: czy to na pewno ostateczny dołek? Żeby określić zakres korekty, przy którym warto już dokupić brakujące akcje, można co prawda posłużyć się wszystkim tym, co nie działa już od trzydziestu lat, czyli na przykład poziomami zniesień Fibonacciego połączonymi z teorią fal Elliotta i z elementami voodoo. A żeby jeszcze bardziej zwiększyć prawdopodobieństwo trafienia w dołek, możemy też rzucić monetą. Wśród traderów przyjęło się, że orzeł oznacza zakończenie spadków, a reszka dalszy zjazd. Ta metoda sprawdza się mniej więcej w takiej samej liczbie przypadków co wszystkie inne wskaźniki, czyli w jednym na dwa.

Moim zdaniem lepiej więc zastosować po prostu pierwszą możliwość, czyli zwyczajnie odpuścić. Jeśli jakimś cudem z pierwszym zakupem udało nam się trafić w ostateczne dno kursu akcji, po prostu cieszmy się z tego, że zarobiliśmy jakieś pieniądze. Co z tego, że mogliśmy zarobić dwa razy więcej? Kupując akcje za całą kwotę też będziemy mogli sobie potem wyrzucać, że przecież mogliśmy kupić nie 100, ale 200 akcji i też zarobić dwa razy więcej. Sytuacja, w której trafiamy z zakupem w idealne dno jest tak mało prawdopodobna, że w tych rzadkich przypadkach kiedy rzeczywiście nastąpi, lepiej dać sobie spokój z gonieniem króliczka i spojrzeć na to w dłuższej perspektywie.

W całym życiu inwestycyjnym będziemy mieli jeszcze pewnie co najmniej kilkaset momentów otwierania jakiejś pozycji. Czy naprawdę uważamy, że w większości z nich uda nam się kupić akcje akurat na samym dnie? Jeśli raz na jakiś czas pociąg odjedzie nam z przed nosa, to zamiast marnować czas na rozpamiętywanie już podjętej decyzji, lepiej przeznaczyć go na poszukiwanie kolejnej okazji, w którą możemy włożyć resztę zaoszczędzonej gotówki.


Jak sprzedawać akcje na samej górce?

Innym przykładem manewrowania wielkością pozycji jest częściowa realizacja zysków. Sporo osób często staje przed takim oto dylematem. Kupiłem 100 akcji XYZ po średniej cenie 95 zł. Dzisiaj kurs wzrósł do 130 zł. Zarobiłem więc ponad 30%. Czy to już czas realizować zysk i zamykać pozycję czy poczekać na dalsze ewentualne wzrosty, narażając tym samym jednak wypracowane do tej pory pieniądze?

Jakimś rozwiązaniem może być właśnie zamknięcie tylko połowy czy nawet jednej trzeciej, żeby chronić wypracowane zyski. Jeśli to zrobimy i kurs dalej urośnie – świetnie, w dalszym ciągu zarabiamy pieniądze. Nie takie duże jak zarobilibyśmy, gdybyśmy nie zamykali części pozycji, ale można to potraktować w ten sposób, że te utracone potencjalne dodatkowe zyski były kosztem, który zapłaciliśmy za to, że zmniejszyliśmy sobie jednocześnie ryzyko straty tego, co wypracowaliśmy do tej pory. Nie jest to zatem działanie, które zmaksymalizuje nasze zyski, ale działanie, które zoptymalizuje stosunek potencjalnych zysków do ponoszonego ryzyka utraty już zarobionych pieniędzy.

A co jeśli po częściowym zamknięciu pozycji kurs spadnie? Wszystko zależy od tego czy dalej wierzymy w potencjał wzrostowy spółki. Ostatecznie to zawsze do tego się sprowadza. Czy firma ma jeszcze pole do zwiększania przychodów, czy nie dzieje się w niej nic złego, czy nie jest już przewartościowana i czy widzimy miejsce i podstawy do dalszych wzrostów. Jeśli tak, to po spadku zawsze możemy odkupić sprzedane udziały po niższej cenie.

Pamiętajmy jednak, że każda firma ma ograniczony potencjał wzrostowy, bo i ograniczony jest potencjał zwiększania przychodów, które bezpośrednio przekładają się (a przynajmniej powinny) na wzrosty kursów akcji. Rynek zbytu dla produktów czy usług nie jest niewyczerpany i każda firma w pewnym momencie osiągnie swoją granicę. Dlatego wszystkie wzrosty kiedyś się skończą. Nie ma sensu trzymać akcji w nieskończoność. Trzeba realizować zyski, kiedy nadarza się do tego dobry moment i szukać kolejnej okazji inwestycyjnej z lepszym potencjałem na wzrosty. Od realizowania zysków jeszcze nikt nie zbankrutował, a od pazerności wielu.

Tylko tu pojawia się podobny dylemat jak przy kupowaniu w „ostatecznym dołku”, a mianowicie: „czy na pewno sprzedajemy na ostatecznej górce”? Znowu prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest nikłe. Nie znam nikogo komu na dłuższą metę udaje się regularnie wyłapywać wszystkie dołki i górki. Dlatego tak samo jak przy kupowaniu, tak i przy sprzedawaniu, manewrowanie wielkością pozycji i dokonywanie transakcji na raty może być całkiem sensownym rozwiązaniem.

PS. Do niedawna minusem takiego podejścia, zwłaszcza przy mniejszych kwotach, był problem absurdalnych prowizji pobieranych przez polskich brokerów, który podnosił koszty tego typu ratalnych transakcji. Od czasu Degiro to się jednak zmieniło, bo prowizje 1-2 zł za zakup i sprzedaż akcji eliminują ten problem całkowicie.

Manewrowanie wielkością pozycji może być tym brakującym składnikiem sosu w wielu strategiach inwestycyjnych
5 Ocen: 17