Skip to content

Najlepsza decyzja w życiu jaką podjąłem, żeby zwiększyć swoje zyski na giełdzie

Najlepsza decyzja inwestycyjnaStraty na giełdzie są nieuniknione – to truizm i banał, ale banał prawdziwy. Nie da się całkowicie pozbyć nieudanych transakcji, one zawsze będą częścią giełdowego życia. Jedyne co można zrobić to postarać się zminimalizować liczbę stratnych zagrywek i zmaksymalizować liczbę tych zyskownych. W moim przypadku było to całkiem proste. Na rozwiązanie problemu natknąłem się dość przypadkowo w jeden weekend trzy lata temu. Od tego czasu moje zyski z giełdy wzrosły tak bardzo, że do tej pory trudno mi zrozumieć dlaczego nie wpadłem na to wcześniej.

Brzmi jak magiczna formuła, za której ujawnienie powinienem skasować kilkaset dolarów? Być może, ale uwierzcie mi, że to historia autentyczna, która w dodatku okazała się pierwszą najlepszą długofalową decyzją inwestycyjną w mojej profesjonalnej karierze na giełdzie. O drugiej napiszę innym razem.

Otóż, żeby dość spektakularnie zwiększyć swoje zyski, wystarczyło że… przestałem grać na spadki.

Jadąc na grzbiecie hossy

Po kilku latach obecności na światowych giełdach i po osiągnięciu dość zaskakujących wyników (nic dziwnego, był to okres 2009-2013 r.) przyszło mi do głowy, żeby z ciekawości sprawdzić jaki typ transakcji przyniósł mi w tych latach największe dochody. To taka forma zaspokojenia własnej pychy i próżności. Oglądanie swoich dokonań.

Ale pomyślałem też, że być może uda mi się z tego wyłuskać jakąś powtarzalność, jakiś schemat. To był już czas, w którym sporo eksperymentowałem z opcjami i z innymi derywatami. Chciałem przy okazji sprawdzić czy w moich inwestycjach na giełdzie istnieje jakakolwiek prawidłowość pozwalająca zmaksymalizować określony typ transakcji, które najczęściej okazują się zyskowne.

Liczyłem, że odkryję jakąś uniwersalną prawdę, np. że największe zyski przynosi mi kupowanie opcji CALL wygasających minimum za sześć miesięcy i w momencie zakupu będących deep in-the-money czy coś w tym stylu.

Wydrukowałem sobie wyciągi i podsumowanie transakcji ze wszystkich kont, które miałem, zabrałem tę stertę makulatury na weekend za miasto, żeby przeanalizować na spokojnie swoje wyniki i… nic nie znalazłem.

Nie odkryłem żadnego wzorca, żadnej magicznej reguły, ani żadnego równania, które podpowiadałoby mi jak skutecznie zarabiać pieniądze. Przekrój zyskownych transakcji był tak duży, że wyglądał właściwie na przypadkowy. Nie dało się wyciągnąć z tego żadnych sensownych wniosków. Zamiast tego jednak odkryłem zupełnie coś innego.

Jak znalazłem czarną dziurę

Już po analizie pierwszego wyciągu rzuciło mi się w oczy na jakich transakcjach tracę najwięcej pieniędzy. Analiza kolejnych podsumowań tylko to potwierdziła. Patrząc na te wyciągi trudno było nie dostrzec powtarzającego się schematu. Wzorzec był aż nadto oczywisty i wyraźny. Nie załapałem tego wcześniej, bo każdego dnia byłem pochłonięty otwieraniem i zamykaniem po kilkanaście, a czasem nawet po kilkadziesiąt transakcji w miesiącu. Teraz jednak, po chwili analizy i refleksji, objawienie dotarło do mnie z całą mocą.

Najwięcej strat przynosiły mi transakcje, w których starałem się grać na spadki. Nie miały znaczenia instrumenty przy pomocy których to robiłem. Równie dużo strat przynosiły opcje PUT, kontrakty CFD czy krótka sprzedaż papierów. Tak samo traciłem na akcjach, towarach i indeksach. Z dźwignią i bez dźwigni.

Chodziło po prostu o to, że byłem całkiem dobry w wybieraniu aktywów, które w niedługim czasie zaczynały rosnąć, ale fatalny w wybieraniu tych, które według mnie powinny spadać. Ponad 80% moich zagrań na spadki okazywało się przynosić straty!

Naprawdę nie mogłem uwierzyć w to, że nie wyłapałem tego schematu wcześniej. W tym jednym momencie, kiedy sobie uświadomiłem, że ta prawidłowość istnieje u mnie od lat i że to ona zżera mi ogromną część pieniędzy, doznałem olśnienia. To była czysta euforia.

Euforia szybko jednak przeszła w zwątpienie. Przecież to nie może być takie proste. Wróciłem do miasta, do rutyny i moje odkrycie odsunąłem na bok. Ale któregoś dnia w wolnej chwili, po kolejnej wpadce na PUT-ach, zasymulowałem sobie w Excelu jak dzisiaj wyglądałyby wyniki mojego portfela, gdybym nigdy ani razu w historii nie zagrał na spadki.

Powiem tylko, że to był moment, w którym ujrzałem swojego Świętego Graala.

Wyższy poziom świadomości

Od tamtej pory drastycznie ograniczyłem granie na spadki i uwierzcie mi, że z perspektywy czasu to była najlepsza strategiczna decyzja inwestycyjna, którą podjąłem w swoim giełdowym życiu.

Nie mówię, że była łatwa, bo nie była. Ograniczanie pokusy zagrania na spadki bolało i to bolało jak jasna cholera. Za każdym razem, kiedy czułem, że rynek musi zawrócić, cierpiałem, płakałem i zgrzytałem zębami, ale powstrzymywałem się i w transakcję jednak nie wchodziłem. Zazwyczaj rynek chwilę później zawracał i cierpiałem jeszcze bardziej.

Jednak po paru miesiącach liczby zaczęły mówić same za siebie. Powstrzymując się od grania na spadki po prostu zacząłem więcej zarabiać. Z takim argumentem trudno było dyskutować.

Moje zyski z długich pozycji nie zmieniły się przy tym ani trochę i w dalszym ciągu trzymały się na stabilnym poziomie. Trafność wynosiła 60-70%, ale jak już trafiłem, to zarabiałem dwa razy więcej niż traciłem. Tak więc samym mechanicznym ograniczeniem krótkich transakcji sprawiłem, że moje dochody w ujęciu ogólnym wzrosły dość spektakularnie.

Nie mówię, że ciągle nie zdarza mi się jeszcze od czasu do czasu zagrać na spadki i nie mówię, że coś się zmieniło w kwestii zyskowności tych działań, że te transakcje nagle zaczęły być lukratywne. Nie, zazwyczaj dalej na nich tracę. Ale dzisiaj wchodzę w tego typu zagrania już tylko w jednej na dziesięć sytuacji, w których wszedłbym jeszcze parę lat temu.

Co ciekawe, w dalszym ciągu to właśnie te transakcje przynoszą mi najwięcej strat… No ale sami chyba przyznacie, że trudno oprzeć się zagraniu na spadki przeciwko takim ewenementom jak, na przykład Snap Inc. Czasem po prostu trzeba to zrobić, chociażby dla zasady i dla zachowania minimalnego poziomu zdrowia psychicznego.

Plusy weekendu

Jaki z tego wszystkiego płynie morał? Moja pointa nie jest taka, żebyście nie grali na spadki, bo być może jesteście w tym akurat wyjątkowo dobrzy. Moje przesłanie jest takie żebyście – podobnie jak ja kilka lat temu – któregoś weekendu wydrukowali sobie listę transakcji z ostatnich lat i postarali się na spokojnie ją przeanalizować, próbując wyłapać jakieś wzorce, schematy, powtarzające się sytuacje. Jeśli uda wam się określić, który typ transakcji przynosi wam największe zyski, a który najdotkliwsze straty, to potem droga do podrasowania wyników jest już łatwa. Wystarczy wyeliminować zagrywki, które najczęściej generują straty i proporcjonalnie zwiększyć te, które przez ostatnie lata dały najwięcej zarobić. Nic prostszego, prawda?

PS. Jeśli zauważycie na tym blogu, że raz na jakiś czas w dalszym ciągu rekomenduję gdzieś zagranie na spadki, to postąpcie dokładnie na odwrót. Istnieje duża szansa, że zarobicie na tym spore pieniądze.


Zapisz się do newslettera, aby w pierwszej kolejności raz na kilka dni otrzymywać artykuły tego typu.

[wysija_form id=”1″]