fbpx

Kilka słów o mnie

Nazywam się Tomasz Trela, od ponad dekady zawodowo inwestuję na zagranicznych rynkach finansowych.

Wyraz "zawodowo" oznacza, że od 2011 roku inwestuję na rynku pieniądze należące do innych osób. Od 2014 do 2020 roku zarządzałem, m.in. hongkońskim funduszem inwestycyjnym ASQ Asset Advisors Ltd., a w latach 2014-2017 także jego odpowiednikiem z Bliskiego Wschodu – Blackhorse Middle East Solutions Ltd. Od 2017 roku jestem dyrektorem brytyjskiej firmy doradczej Hudson Hill Associates Ltd., a od 2018 r. dodatkowo członkiem zarządu w polskiej siostrzanej spółce Hudson Hill Trust S.A. Od 2019 roku pełnię funkcję CEO amerykańskiego funduszu private equity Dog Eat Dog Venture Capital LLC, a od 2022 r. jestem głównym partnerem luksemburskiego podmiotu zarządzającego hedge fundami – New Horizons Asset Management Sàrl.

    Masz pytania lub sugestie?
    Skontaktuj się ze mną!

    W związku z tym, że dostaję coraz więcej maili, na które coraz trudniej mi odpisywać, najpierw upewnij się czy odpowiedzi na Twoje pytanie nie da się łatwo znaleźć przy użyciu wyszukiwarki Google. Jeśli nie, to zadaj je poprzez forum na stronie. W ten sposób większa liczba osób skorzysta z mojej odpowiedzi. Użyj poniższego formularza dopiero wtedy, gdy sprawa dotyczy konkretnie mojej osoby lub ma charakter biznesowy.

    Twoja wiadomość najpierw trafi do mojego współpracownika, który postara się odpowiedzieć najszybciej, jak to możliwe, lub pomoże Ci skontaktować się ze bezpośrednio ze mną – jeśli sytuacja tego wymaga.

     




    Mój blog otrzymał wyróżnienie dla

    Najlepszy Blog FxCuffs 2018 i 2019

    Czym zajmuję się na co dzień?

    W ramach funduszu VC przede wszystkim prowadzę należącą do niego londyńską spółkę consultingową Hudson Hill Associates Ltd. oraz edukacyjną odnogę firmy doradczej Gulf HUB Research & Economics FZE z Dubaju, gdzie mieszkam przez większą część roku. Obie spółki działają w trzystopniowej formule „Teach, Execute and Oversight”. W pierwszym etapie uczę moich klientów podstaw potrzebnych, żeby zadbać o swój majątek, w drugim pomagam im zbudować określony portfel inwestycyjny, a w trzecim i najdłuższym nadzoruję rozwój portfolio służąc doradztwem i wsparciem w całym procesie decyzyjnym. 

    Pomimo tego, że działalność edukacyjna jest chyba najbardziej medialną stroną mojego zawodowego życia, to zdecydowaną jego większość poświęcam jednak na zarządzanie środkami finansowymi na międzynarodowych rynkach kapitałowych.

    Jak to się zaczęło?

    Od kryzysu. W życiu większość ważnych rzeczy zaczyna się od kryzysu. W moim przypadku był to kryzys finansowy z 2008 roku. Pracowałem wtedy dla dużej polskiej spółki skarbu państwa, która w wyniku nietrafionych transakcji na opcjach walutowych w ciągu kilku tygodni straciła nie tylko dziesiątki milionów złotych, ale także cały zarząd, połowę rady nadzorczej i jednego dyrektora finansowego. To był moment, w którym rynek finansowy zaczął mnie fascynować swoją siłą, potęgą i możliwościami. Zrozumiałem, że skoro „moja spółka” straciła kilkadziesiąt milionów w wyniku kilku transakcji walutowych, to znaczy, że pieniądze te zarobił ktoś inny. Ktoś, kto stał po drugiej stronie transakcji. Poczułem wtedy chęć, żeby dowiedzieć się, kto to był. 

    Z każdym kolejnym dniem dostawałem coraz większej obsesji na punkcie zrozumienia tego, jak naprawdę działa mechanizm międzynarodowych rynków finansowych. W kolejnych latach przeczytałem na ten temat setki książek (dosłownie) i tysiące raportów, prac doktorskich, wyników badań, opracowań, a nawet nudnych jak opera mydlana ustaw i regulacji. W ciągu roku przerobiłem rozpisany na lata program trzech poziomów potrzebnych do przejścia prestiżowego egzaminu CFA. Wszystko po to, żeby zrozumieć, jak naprawdę działa rynek. Po kilku latach ta pogoń zawiłymi ścieżkami doprowadziła mnie nawet do roli konsultanta w londyńskim oddziale Goldman Sachs, ale epizod ten był dość krótki. Na szczęście miałem w sobie tyle rozwagi, żeby zrozumieć, że kariera instytucjonalna i wyścig szczurów nie są dla mnie. Nawet jeśli szczury chodzą w krawatach od Salvatore Ferragamo.  

    Dobra wiadomość, która wyłoniła się w trakcie moich poszukiwań, jest jednak całkiem pocieszająca. Otóż w miarę zdobywania wiedzy przekonałem się, że giełdą nie rządzą ukryte siły, a spisek banków centralnych nie czai się za każdym rogiem. Fundusze hedgingowe nie skrzykują się co czwartek, żeby dyktować ceny walorów, a cwani bogacze z Izraela nie czyhają na każdego centa należącego do zwykłego Kowalskiego. Mam wrażenie, że wszystkie te nośne teorie spiskowe rozpowszechniane i wzmagane przez szum medialny pojawiający się w internecie wynikają wyłącznie z dwóch rzeczy: z niewiedzy odnośnie mechanizmów i z niezrozumienia tego, jak złożone są dzisiaj rynki finansowe.

    I to była dobra wiadomość. Dobra dlatego, że wszystkie te współzależności można poznać dość szybko. Zła wiadomość jest taka, że mechanika rynków zmienia się z roku na rok. Postęp technologiczny, prywatyzacja parkietów, globalizacja przepływów kapitału i pojawienie się nowych produktów finansowych oraz nowych typów przedsiębiorstw sprawiają, że całą obiegową wiedzę odnośnie giełdy i wszystkie książki, które lata temu powstały na jej temat, trzeba by tak naprawdę napisać na nowo. Świat finansów nie stoi bowiem w miejscu. Dlatego giełdy nie można się nauczyć raz na zawsze. Giełdę trzeba zrozumieć. 

    I tutaj przyszedł mi do głowy pewien pomysł. 

    Po co powstał ten blog?

    Idea szerzenia rzetelnej wiedzy i walczenia ze stereotypami odnośnie rynku może wydawać się całkiem szczytna i godna uznania, ale prawda jest też taka, że początkowo tego bloga założyłem głównie po to, aby wykorzystać jakoś dłużący się czas na lotniskach podczas czekania na przesiadki. 

    Pomyślałem, że mógłbym w takich momentach pisać krótkie teksty i dzielić się swoimi obserwacjami, analizami, komentarzami, ciekawostkami z rynków, z książek i z prasy zagranicznej oraz świeżymi pomysłami na lukratywne transakcje. A więc blog miał być wyłącznie czymś, co konstruktywnie wypełni pustkę po jet lagu.

    Ale to było ponad pięć lat temu. Przez ten czas poznałem dzięki blogowi bardzo wielu ciekawych ludzi, nawiązałem współpracę z krajowym domem maklerskim, dwukrotnie wygrałem konkurs na blog roku, stworzyłem unikalny – moim zdaniem – kurs opcyjny oraz poprowadziłem cztery edycje fenomenalnie przyjętego Uniwersytetu Inwestycyjnego, którego wirtualne mury opuściło już prawie 500 absolwentów. Z czasem zauważyłem też, że dzielenie się wiedzą sprawia mi o wiele więcej przyjemności niż wszystkie inne rzeczy, którymi się w życiu zajmuję. Dlatego też mozolnie zacząłem zmierzać w kierunku intensyfikowania tego, co lubię robić, a nie tego, co przynosi większe pieniądze.

    Dlaczego inwestowanie to dobry sposób na życie?

    Najbardziej lubię giełdę za to, że tutaj końcowy wynik zawsze zależy tylko i wyłącznie ode mnie. W inwestowaniu na własny rachunek nie można zrzucić winy na niesłownego kontrahenta, sklerotycznego współpracownika czy niedouczonego szefa z politycznego nadania. Inwestor jest pierwszą i ostatnią osobą, która w całości odpowiada za swoje sukcesy lub porażki. To natomiast oznacza pełną i bezwarunkową… niezależność. Chyba do niej wszyscy dążymy, prawda?

    W inwestowaniu nie ma jednej właściwej drogi do sukcesu. Można zmieniać strategie i podejście tyle razy, ile tylko się chce, za każdym razem rozwijając i ulepszając swoje umiejętności. Cały czas jest jeszcze miejsce na dodatkową edukację. Proces doskonalenia nigdy się nie kończy. Tylko ode mnie zależy, ile energii poświęcę na to, żeby systematycznie uczyć się czegoś nowego. Dzięki temu można nieustannie się rozwijać i zdobywać coraz szerszą wiedzę.

    Lubię inwestowanie także za to, że od pewnego poziomu, kiedy zdobędzie się już podstawy teoretyczne, pozna specyfikę instrumentów i tak dalej, staje się ono rozgrywką z samym sobą. Na wyższym etapie handlowanie na giełdach to już tylko psychologia, panowanie nad emocjami i umiejętność odczytywania nastrojów na rynkach. Trading to fascynująca gra, jeśli poświęci się wystarczająco dużo czasu, aby opanować jej zasady.

    Najbardziej chyba jednak przekonuje mnie, że inwestowanie to pomysł na życie, który można dowolnie skalować. Nikt nie uczy się inwestować mając do dyspozycji wielomilionowy portfel. Zazwyczaj giełdową edukację zaczynamy od kwot dużo niższych. Skalowalność inwestowania polega na tym, że wszystko to, czego nauczymy się dla 100 000 zł, będzie sprawdzało się także dla 1 000 000 zł. W miarę rozwoju i w miarę zdobywania większego kapitału, zasady pozostają w gruncie rzeczy te same. Raz zdobyta wiedza nigdy nie przepadnie, a sama nauka inwestowania to także pewna forma inwestycji, która zaprocentuje w przyszłości.

    Nie chcę żeby zabrzmiało to jak kiczowaty frazes, ale uważam, że dla osób ambitnych, inwestowanie na własny rachunek to najlepszy możliwy sposób na prowadzenie w pełni niezależnego (i dostatniego) życia. Na odnalezienie swojego Świętego Graala.

    PS. Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co u mnie słychać, to zostaw mi swojego maila w formularzu na dole strony.

    • Transakcje dnia
    • Filmy edukacyjne
    • Instruktaże Wideo