Kilka słów o mnie

Nazywam się Tomasz Trela, od dekady zawodowo inwestuję na międzynarodowych rynkach finansowych.

Wyraz "zawodowo" oznacza, że od 2011 roku nieprzerwanie zarządzam zagranicznym zamkniętym funduszem inwestycyjnym, do którego należy pokaźne grono udziałowców. W 2017 roku dla jednego z polskich domów maklerskich stworzyłem też skierowany do klienta detalicznego autorski portfel akcyjny "Prometheus". Aktualnie jestem członkiem zarządu wehikułu inwestycyjnego Hudson Hill Trust S.A., w którym opiekuję się majątkiem należącym do kilkudziesięciu akcjonariuszy. Od 2019 roku pełnię również funkcję CEO amerykańskiego funduszu inwestycyjnego Dog Eat Dog Venture Capital LLC.

Chcesz nawiązać współpracę?
Skontaktuj się ze mną!

W związku z tym, że dostaję coraz więcej maili, na które coraz trudniej mi odpisywać, najpierw upewnij się czy odpowiedzi na Twoje pytanie nie da się łatwo znaleźć przy użyciu wyszukiwarki Google. Jeśli nie, to zadaj je poprzez forum na stronie – w ten sposób większa liczba osób skorzysta z mojej odpowiedzi. Użyj poniższego formularza dopiero wtedy, gdy sprawa ma charakter zawodowy.

Dziękuję za wyrozumiałość!

 




Mój blog otrzymał wyróżnienie za

"Najlepszy Blog FxCuffs 2018 i InvestCuffs 2019"

Czym zajmuję się na co dzień?

W ramach funduszu VC prowadzę należącą do niego butikową spółkę consultingową Hudson Hill Associates Ltd. oraz edukacyjną odnogę amerykańskiej firmy doradczej Two Sigma Advisors LLC. Obie spółki działają w trzystopniowej formule „Teach, Execute and Oversight”. W pierwszym etapie uczę moich klientów podstaw potrzebnych, żeby zadbać o swój majątek, w drugim buduję dla nich określony portfel inwestycyjny, a w trzecim i najdłuższym nadzoruję rozwój portfolio służąc doradztwem i pozostając do bieżącej dyspozycji klienta. 

Rezultaty, które dzięki temu osiągamy, pozwalają nie tylko zapanować nad chaosem w już istniejącym portfelu i ograniczyć potencjalne straty w trakcie okresów dużej zmienności, ale także zupełnie od zera po raz pierwszy dają klientowi szansę świadomie zbudować profesjonalne portfolio inwestycyjne bazujące na uznanych i sprawdzonych metodach analizy i wyceny spółek, alokacji poszczególnych klas aktywów oraz zaawansowanych rozwiązaniach hedgingowych. 

Jeśli chcesz dowiedzieć się, czy i w jaki sposób mogę pomóc Ci zapanować nad rynkiem, użyj karty kontaktowej w prawym górnym rogu strony i napisz do mnie krótką wiadomość z opisem sytuacji. W formule „Teach, Execute and Oversight” pracuję na portfelach o minimalnej wartość 25 000€, a w formule asset management od 150 000€. 

Jak to się zaczęło?

Od kryzysu. W życiu większość ważnych rzeczy zaczyna się od kryzysu. W moim przypadku był to kryzys finansowy z 2008 roku. Pracowałem wtedy dla dużej polskiej spółki skarbu państwa, która w wyniku nietrafionych transakcji na opcjach walutowych w ciągu kilku tygodni straciła nie tylko dziesiątki milionów złotych, ale także cały zarząd, połowę rady nadzorczej i jednego dyrektora finansowego. To był moment, w którym rynek finansowy zaczął mnie fascynować swoją siłą, potęgą i możliwościami. Zrozumiałem, że skoro „moja spółka” straciła kilkadziesiąt milionów w wyniku kilku transakcji walutowych, to znaczy, że pieniądze te zarobił ktoś inny. Ktoś, kto stał po drugiej stronie transakcji. Poczułem wtedy chęć, żeby dowiedzieć się, kto to był. 

Z każdym kolejnym dniem dostawałem coraz większej obsesji na punkcie zrozumienia tego, jak naprawdę działa mechanizm międzynarodowych rynków finansowych. W kolejnych latach przeczytałem na ten temat setki książek (dosłownie) i tysiące raportów, prac doktorskich, wyników badań, opracowań, a nawet nudnych jak opera mydlana ustaw i regulacji. W ciągu roku przerobiłem rozpisany na lata program trzech poziomów potrzebnych do przejścia prestiżowego egzaminu CFA. Wszystko po to, żeby zrozumieć, jak naprawdę działa rynek. Po kilku latach ta pogoń zawiłymi ścieżkami doprowadziła mnie nawet do roli konsultanta w londyńskim oddziale Goldman Sachs, ale epizod ten był dość krótki. Na szczęście miałem w sobie tyle rozwagi, żeby zrozumieć, że kariera instytucjonalna i wyścig szczurów nie są dla mnie. Nawet jeśli szczury chodzą w krawatach od Salvatore Ferragamo.  

Dobra wiadomość, która wyłoniła się w trakcie moich poszukiwań, jest jednak całkiem pocieszająca. Otóż w miarę zdobywania wiedzy przekonałem się, że giełdą nie rządzą ukryte siły, a spisek banków centralnych nie czai się za każdym rogiem. Fundusze hedgingowe nie skrzykują się co czwartek, żeby dyktować ceny walorów, a cwani bogacze z Izraela nie czyhają na każdego centa należącego do zwykłego Kowalskiego. Mam wrażenie, że wszystkie te nośne teorie spiskowe rozpowszechniane i wzmagane przez szum medialny pojawiający się w internecie wynikają wyłącznie z dwóch rzeczy: z niewiedzy odnośnie mechanizmów i z niezrozumienia tego, jak złożone są dzisiaj rynki finansowe.

I to była dobra wiadomość. Dobra dlatego, że wszystkie te współzależności można poznać dość szybko. Zła wiadomość jest taka, że mechanika rynków zmienia się z roku na rok. Postęp technologiczny, prywatyzacja parkietów, globalizacja przepływów kapitału i pojawienie się nowych produktów finansowych oraz nowych typów przedsiębiorstw sprawiają, że całą obiegową wiedzę odnośnie giełdy i wszystkie książki, które lata temu powstały na jej temat, trzeba by tak naprawdę napisać na nowo. Świat finansów nie stoi bowiem w miejscu. Dlatego giełdy nie można się nauczyć raz na zawsze. Giełdę trzeba zrozumieć. 

I tutaj przyszedł mi do głowy pewien pomysł. 

Po co powstał ten blog?

Idea szerzenia rzetelnej wiedzy i walczenia ze stereotypami odnośnie rynku może wydawać się całkiem szczytna i godna uznania, ale prawda jest też taka, że początkowo tego bloga założyłem głównie po to, aby wykorzystać jakoś dłużący się czas na lotniskach podczas czekania na przesiadki. 

Pomyślałem, że mógłbym w takich momentach pisać krótkie teksty i dzielić się swoimi obserwacjami, analizami, komentarzami, ciekawostkami z rynków, z książek i z prasy zagranicznej oraz świeżymi pomysłami na lukratywne transakcje. A więc blog miał być wyłącznie czymś, co konstruktywnie wypełni pustkę po jet lagu.

Ale to było ponad trzy lata temu. Przez ten czas poznałem dzięki blogowi bardzo wielu ciekawych ludzi, nawiązałem współpracę z krajowym domem maklerskim, dwukrotnie wygrałem konkurs na blog roku i zacząłem prowadzić prywatne szkolenia oraz drugą już edycję Uniwersytetu Inwestycyjnego. Z czasem zauważyłem też, że dzielenie się wiedzą sprawia mi o wiele więcej przyjemności niż wszystkie inne rzeczy, którymi się w życiu zajmuję. Dlatego też mozolnie zacząłem zmierzać w kierunku intensyfikowania tego, co lubię robić, a nie tego, co przynosi większe pieniądze.

Dlaczego inwestowanie to dobry sposób na życie?

Najbardziej lubię giełdę za to, że tutaj końcowy wynik zawsze zależy tylko i wyłącznie ode mnie. W inwestowaniu na własny rachunek nie można zrzucić winy na niesłownego kontrahenta, sklerotycznego współpracownika czy niedouczonego szefa z politycznego nadania. Inwestor jest pierwszą i ostatnią osobą, która w całości odpowiada za swoje sukcesy lub porażki. To natomiast oznacza pełną i bezwarunkową… niezależność. Chyba do niej wszyscy dążymy, prawda?

W inwestowaniu nie ma jednej właściwej drogi do sukcesu. Można zmieniać strategie i podejście tyle razy, ile tylko się chce, za każdym razem rozwijając i ulepszając swoje umiejętności. Cały czas jest jeszcze miejsce na dodatkową edukację. Proces doskonalenia nigdy się nie kończy. Tylko ode mnie zależy, ile energii poświęcę na to, żeby systematycznie uczyć się czegoś nowego. Dzięki temu można nieustannie się rozwijać i zdobywać coraz szerszą wiedzę.

Lubię inwestowanie także za to, że od pewnego poziomu, kiedy zdobędzie się już podstawy teoretyczne, pozna specyfikę instrumentów i tak dalej, staje się ono rozgrywką z samym sobą. Na wyższym etapie handlowanie na giełdach to już tylko psychologia, panowanie nad emocjami i umiejętność odczytywania nastrojów na rynkach. Trading to fascynująca gra, jeśli poświęci się wystarczająco dużo czasu, aby opanować jej zasady.

Najbardziej chyba jednak przekonuje mnie, że inwestowanie to pomysł na życie, który można dowolnie skalować. Nikt nie uczy się inwestować mając do dyspozycji wielomilionowy portfel. Zazwyczaj giełdową edukację zaczynamy od kwot dużo niższych. Skalowalność inwestowania polega na tym, że wszystko to, czego nauczymy się dla 100 000 zł, będzie sprawdzało się także dla 1 000 000 zł. W miarę rozwoju i w miarę zdobywania większego kapitału, zasady pozostają w gruncie rzeczy te same. Raz zdobyta wiedza nigdy nie przepadnie, a sama nauka inwestowania to także pewna forma inwestycji, która zaprocentuje w przyszłości.

Nie chcę żeby zabrzmiało to jak kiczowaty frazes, ale uważam, że dla osób ambitnych, inwestowanie na własny rachunek to najlepszy możliwy sposób na prowadzenie w pełni niezależnego (i dostatniego) życia. Na odnalezienie swojego Świętego Graala.

  • Transakcje dnia
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo