fbpx

Osiem powodów, żeby wyjść poza polską giełdę i zacząć inwestować za granicą

Jeśli chcemy mówić o profesjonalnym inwestowaniu, musimy zacząć mówić o inwestowaniu na giełdzie za granicą. A właściwie nie na giełdzie, ale na giełdach, bo tych w samych tylko Stanach Zjednoczonych mamy kilkadziesiąt. Co takiego oferują parkiety w Nowym Jorku czy Hongkongu, czego nie dostaniemy na giełdzie w Warszawie?

Inwestowanie za granicą nie jest przejawem snobizmu czy ostentacyjnego odcinania się od wszystkiego, co związane z polskimi spółkami Skarbu Państwa, które dominują w krajowym indeksie giełdowym.

Wyjście ze swoją gotówką za ocean to nie wybór, ale konieczność, jeśli chcemy zacząć mówić o prawdziwym inwestowaniu, a nie wyłącznie o zabawie w giełdę – w giełdę, która częściej niż rozwinięty rynek przypomina podrzędne kasyno.

Oto osiem argumentów za tym, żeby swój wzrok skierować na zachód.


Brak zainteresowania ze strony dużego kapitału

Łączna kapitalizacja spółek na warszawskim parkiecie wynosi około 1.1 biliona złotych. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych wszystkie giełdy razem wzięte to… 200 bilionów w przeliczeniu na złotówki.

Małe też może być piękne – to prawda, ale w tym wypadku niewielka kapitalizacja rynku (i relatywnie niewielka płynność) przekłada się na brak zainteresowania handlem na GPW ze strony dużego, międzynarodowego kapitału.

W praktyce oznacza to wysoką zmienność i słabą efektywność rynku. Zapytajmy jedną osobę, ile warta jest butelka wody, a możemy otrzymać bardzo dziwną odpowiedź. Zapytajmy jednak o to samo sto tysięcy osób i średnia wyciągnięta z ich odpowiedzi faktycznie będzie zbliżona do rynkowej ceny wody.

Podobnie wygląda sprawa z akcjami na giełdzie. Im mniej graczy decyduje o ich cenie, tym bardziej jest ona oderwana od fundamentów. Garstka inwestorów przy podejmowaniu decyzji zakupowych może się opierać na różnych nietypowych argumentach, przez co ich ruchy mogą zachwiać kursami akcji tak, że będą one zupełnie odbiegały od potencjału czy sytuacji finansowej firmy.

Jeśli jednak wpuścimy na giełdę dziesięć milionów graczy, możemy mieć pewność, że decyzje zakupowe większości z nich będą bazowały na jakiejś formie oceny fundamentalnej przedsiębiorstwa.

Rynki rozwinięte, w których uczestniczy pokaźne grono inwestorów, są zatem bardziej przewidywalne. Łatwiej się na nich handluje, ponieważ przez większość czasu akcje zachowują się tak, jak powinny, a anomalie trwają krócej niż na parkietach, gdzie o cenie transakcyjnej stanowią zagrania garstki osób.


Brak mechanizmów kontroli

Brak obecności dużego kapitału na rynku i w akcjonariacie sprawia, że w sensie technicznym łatwiej o manipulację kursami pojedynczych akcji, ale ponadto otwiera się też pole do nadużyć ze strony samych spółek. Zwłaszcza w przypadku tych o znikomej kapitalizacji.

Relatywnie słabe zaangażowanie poważnych graczy w takie firmy oznacza kiepską jakość kontroli nad tym, co się dzieje w spółkach. Po prostu nikt nie ma ochoty poświęcać swojego czasu i środków na to, by niezależnie audytować wyniki finansowe, rozmawiać z klientami, z hurtowniami, z kontrahentami, ze związkami, z dostawcami i z szeregiem innych podmiotów wpływających na kondycję danego przedsiębiorstwa.

W dodatku brak generalnego zainteresowania wydarzeniami giełdowymi oznacza brak zainteresowania tym tematem wśród poważnych mediów, wskutek czego wiadomości giełdowe (jeśli już w ogóle istnieją w ogólnokrajowych źródłach) są mocno spłycane albo ograniczają się do przedruku komunikatów Polskiej Agencji Prasowej.

Próżno szukać tu śledztw dziennikarskich na miarę tych prowadzonych przez dziennikarzy „Financial Times” czy „The Wall Street Journal”. Kiedy nikt nie może powiedzieć: „sprawdzam”, efektywność rynku ulega zaburzeniu i anomalie potrafią trwać latami.


Brak możliwości krótkiej sprzedaży

Krótka sprzedaż (czyli popularne granie na spadki) została wprowadzona, by uczynić rynek jeszcze bardziej efektywnym. Inwestorzy otrzymali więc narzędzie do grania przeciwko spółkom słabym i przewartościowanym, co powinno wywołać presję spadkową na ich kursy i sprowadzić wyceny do racjonalnych poziomów, odpowiadających kondycji przedsiębiorstw.

Krótka sprzedaż polega na pożyczeniu akcji od brokera i sprzedaniu tych pożyczonych akcji na rynku publicznym z nadzieją, że uda się je kiedyś odkupić po niższej cenie. Im więcej osób gra na spadki danej spółki, tym więcej pożyczonych akcji jest sprzedawanych na giełdzie, a im więcej akcji jest sprzedawanych, tym bardziej spada ich cena.

Ów mechanizm zapewnia względną równowagę i nie pozwala słabym spółkom rosnąć w nieskończoność. Problem w tym, że na warszawskiej giełdzie krótka sprzedaż jest praktycznie niedostępna dla przeciętnego inwestora. Podobnie jak cała gama innych instrumentów finansowych.


Brak opcji na akcje

Można się wzbraniać przed ich stosowaniem, można uważać je za narzędzie szatana i przyczynę wszelkich zawirowań rynkowych, ale rzeczywistość jest taka, że bez opcji nie ma zawodowego handlu na giełdzie.

Opcje pozwalają w bardziej efektywny sposób kupować i sprzedawać akcje na rynku po znanej z góry cenie i w znanym z góry terminie. Opcje pomagają chronić nasze pozycje akcyjne przed nadchodzącymi wydarzeniami, które mogą wstrząsnąć kursami (wyniki finansowe czy posiedzenie banku centralnego). Opcje dają szansę na przeprowadzenie zabezpieczenia walutowego. Opcje umożliwiają spekulację z dużą dźwignią. Opcje otwierają drzwi do strategii typu market neutral, w której obstawia się nie kierunek ruchu, ale sam jego zakres (lub brak), oraz do mnóstwa innych zaawansowanych strategii inwestycyjnych.

Niestety, na krajowym rynku opcje na akcje nie istnieją. Podobnie jak margin, czyli niebywale efektywna forma pożyczki brokerskiej.


Brak brokerów z prawdziwego zdarzenia

Teoretycznie rola brokera sprowadza się do pośredniczenia w zakupie lub sprzedaży akcji, więc jego wybór powinien być drugorzędny. Tak to przynajmniej wygląda na krajowym parkiecie. Jednak za granicą, w szczególności w Stanach Zjednoczonych, broker jest kimś więcej.

Nowoczesne platformy transakcyjne pozwalają nie tylko handlować akcjami z zastosowaniem różnych wysublimowanych typów zleceń (w USA jest ich kilkadziesiąt!), ale też tworzyć zlecenia warunkowe if/then lub zaprzęgać do pracy algorytmy, które pomagają wyszukiwać najlepsze możliwe oferty, na pierwszy rzut oka niewidoczne w arkuszu giełdowym.

Dobre platformy to potężne narzędzia researcherskie, które umożliwiają kompleksową analizę fundamentalną spółki, zapewniają dostęp do sprawozdań finansowych, gotowych wskaźników, a także do prognoz przychodów czy zysków i do cen docelowych szacowanych przez najlepszych analityków na świecie.

To jednak, co najbardziej przekonuje do zagranicznych brokerów, to udostępnianie tzw. marginu, czyli pożyczki inwestycyjnej przyznawanej za pośrednictwem platformy transakcyjnej. Margin pozwala zwiększyć skuteczność zawieranych transakcji i wykorzystać element kontrolowanej dźwigni, której koszt wynosi około 1,5% rocznie.


Brak weryfikowalnych danych i rzetelnych informacji

Jako że popularność rynku finansowego w Polsce jest nikła, a zainteresowanie nim – ograniczone do garstki (w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi) inwestorów, ograniczony jest także dostęp do profesjonalnych narzędzi pomagających zdobywać informacje i analizować spółki giełdowe.

Na palcach jednej ręki policzyć można portale researcherskie, które pomagają w analizie fundamentalnej spółek z warszawskiej giełdy. W dodatku istniejące serwisy bazują głównie na danych fundamentalnych pochodzących ze sprawozdań finansowych. To niestety za mało.

Brakuje u nas analiz niezależnych ekspertów, brakuje rzetelnych dzienników inwestycyjnych oraz brakuje analityków z prawdziwego zdarzenia, których prognozy byłyby dostępne publicznie i których skuteczność można by weryfikować po latach.

Brakuje też gotowych komercyjnych narzędzi do przeprowadzania backtestów opartych na aspektach fundamentalnych, do wypróbowywania różnego rodzaju tez inwestycyjnych i do zarządzania ryzykiem w portfelu.

W efekcie inwestowanie na GPW przypomina bardziej błądzenie we mgle niż podejmowanie decyzji na podstawie twardych i sprawdzalnych danych.


Brak możliwości dywersyfikacji

Stawiając na spółki z warszawskiej giełdy, stawiamy de facto na rozwój polskiej gospodarki. Większość źródeł przychodów przedsiębiorstw z GPW pochodzi z polskiego rynku. Wystarczy jeden czynnik natury geopolitycznej, żeby stał się problemem całego portfela.

Wyższy VAT albo CIT? Dodatkowy podatek? Rosnąca inflacja? Dziwna ustawa wymagająca regulacji? Słabnąca złotówka? Zagrożenie ze strony wschodniej? Odcięcie od funduszy unijnych? Każde z takich wydarzeń ruszy całym rynkiem i nie będzie przed tym ucieczki.

Dla odmiany giełdy zagraniczne otwierają dostęp do spółek nie tylko amerykańskich, ale też z najróżniejszych innych krajów. Dzięki temu istnieje możliwość zbudowania prawdziwie zdywersyfikowanego portfela inwestycyjnego, uniezależnionego od wydarzeń geopolitycznych w jednym zakątku świata.


Brak spółek z globalnymi aspiracjami i możliwościami

W Polsce bardzo chętnie korzystamy ze zdobyczy postępu i jesteśmy świetnymi konsumentami wszelkich nowinek technicznych, ale niestety sami tych nowinek nie wymyślamy, nie opracowujemy ani nie wdrażamy na globalną skalę.

Wystarczy spojrzeć na rodowód spółek, które najbardziej wpłynęły na zmianę sposobu naszego życia w ciągu ostatniej dekady. Zdecydowana większość z nich pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, głównie z Doliny Krzemowej, ale też sporo dzisiejszych światowych liderów ma korzenie w Chinach, w Japonii czy w Korei Południowej.

To nie polskie firmy będą motorem napędowym globalnych przemian. Jeśli chcemy szukać prawdziwych liderów przeobrażających swoje branże, musimy zacząć patrzeć nieco dalej. Nie ma już dzisiaj innego sposobu, żeby stworzyć profesjonalny portfel inwestycyjny, niż wyjście ze swoimi inwestycjami za granicę.

Oceń post

Udostępnij post

  • Transakcje dnia
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo