TomaszTrela.com
The Memo
No. 3 · 28.05.2026
by Tomasz Trela | Listy do inwestorów

Kosmiczne oczekiwania

O tym, jak Elon Musk planuje przenieść centra danych poza Ziemię (i czy 12 czerwca warto będzie wziąć udział w debiucie SpaceX, a jeśli tak, to w jaki sposób).

Szanowni Państwo!

To niesłychane, jak szybko potrafi zmienić się teza inwestycyjna. Jeszcze w zeszłym tygodniu mówiłem o tym, że połączenie przynoszącego 14 miliardów dolarów rocznie straty xAI z dochodowym SpaceX jest zwyczajnie głupie, a tymczasem… kilka dni później xAI ogłosił zawarcie pierwszego kontraktu o wartości 45 mld USD na dostarczanie mocy obliczeniowej w swoim data-center (DC), sugerując tym samym, że nie miałem racji.

W efekcie zawartej umowy Anthropic będzie płacił 1,25 miliarda dolarów miesięcznie na rzecz xAI (będącego już częścią SpaceX) co najmniej do maja 2029 roku, co daje około 45 miliardów dolarów w skali całej umowy. Sam ten jeden kontrakt powinien na trzy kolejne lata pokryć lukę w gotówce, którą xAI wniósł do SpaceX po połączeniu się obu firm.

Niestety kontrakt zawiera też klauzulę dającą obu stronom możliwość wypowiedzenia umowy z trzymiesięcznym terminem, więc tych 45 miliardów nie powinno być traktowane jako pewny przyszły dochód SpaceX, ale raczej jako obecna intencja ze strony Anthropic do realizacji tego kontraktu (a jak wiemy – intencje potrafią się zmieniać).

Na plus jednak trzeba zaliczyć, że to pierwszy (i pewnie nie ostatni) poważny kontrakt z potencjalnych umów zapowiadanych na przyszłość i pierwszy, w którym poważny gracz zdeklarował wzięcie udziału… w pracach nad utworzeniem centrów danych w kosmosie, których operatorem ma być właśnie SpaceX.

Tak, tak. Wiem, że brzmi to jak kolejna fantastyczna opowieść z baśniowego repertuaru Elona Muska, ale tym razem mamy do czynienia nie z odosobnionym pomysłem szalonego wizjonera, tylko z przedsięwzięciem, do którego włączają się inni gracze uważający, że centra danych w kosmosie to naprawdę dobry pomysł.

Ale czy na pewno? Zastanówmy się nad tym przez chwilę, zanim przejdziemy do tego, jak można postawić na tę tezę nasze pieniądze.

Centra danych w kosmosie. Naprawdę?

To rozwiązanie rozpala wyobraźnię z kilku powodów, ale głównym z nich jest to, że zrodziło się ono z realnej potrzeby. Bezprecedensowe tempo, w jakim rozwija się sztuczna inteligencja, wymaga niespotykanej do tej pory skali rozbudowy infrastruktury do trenowania i obsługi modeli AI. Temu nikt nie zaprzecza. Problem w tym, że to tempo ograniczane jest przez kilka czynników.

Pierwszym z nich jest konieczność wygenerowania ogromnej ilości energii wymaganej do obsługi centrów danych. Drugim – zapewnienie chłodzenia dla całej infrastruktury (które to chłodzenie samo w sobie zużywa 40% energii potrzebnej na obsługę DC). Trzecim – opóźnienia w przesyłaniu danych będące wąskim gardłem dalszego zwiększania efektywności.

I tak się składa, że umieszczenie centrów danych w kosmosie rozwiązuje wszystkie trzy problemy za jednym zamachem (ale tworzy za to nowe, o czym za chwilę).

Przede wszystkim – energia. Na orbicie okołoziemskiej stacje wyposażone w panele solarne mogą korzystać z darmowej energii słonecznej, która jest dostępna 24/7. Co więcej, brak atmosfery filtrującej promienie słoneczne sprawia, że mają one tam 40% większą intensywność.

W połączeniu z dostępnością słońca przez całą dobę oznacza to, że operatorzy DC w kosmosie (DCS – Data-Centers in Space) będą w stanie podnieść efektywność 5–7 razy względem tych na Ziemi. Nie wspominając o możliwości redukcji całej sieci naziemnej złożonej chociażby z baterii magazynujących energię, która uwalniana jest, np. w nocy, kiedy słońce nie świeci.

Ogromnym kosztem obsługi tradycyjnych ziemskich DC jest też chłodzenie. Jensen Huang z Nvidii wyliczył ostatnio, że do chłodzenia każdego dwutonowego serwera złożonego z licznych GPU i osprzętu potrzeba około 1,95 tony masy chłodzącej.

Do tego należy dołożyć trzeci element, czyli jednoczesne przyspieszenie transferu danych – bo w próżni światło z laserów optycznych podróżuje o ponad 40% szybciej niż w kablach na Ziemi. To szalenie istotne nie tylko dla DCS, ale też dla obecnych satelitów (w tym sieci Starlink).

Obecnie dane zbierane i wysyłane przez satelity (zdjęcia, informacje pogodowe, internet etc.) przesyłane są do DC na ziemi w celu ich przeprocesowania. To powoduje spore opóźnienia. Umieszczenie DC w kosmosie sprawi, że satelity będą mogły wysyłać surowe dane prosto do nich w celu ich przetworzenia (co drastycznie skróci opóźnienia), a na ziemię trafią wyłącznie końcowe rezultaty obliczeń.

Mocno niedocenianym argumentem za budową DCS jest też relatywnie nowe zjawisko masowego blokowania i opóźniania rozbudowy ziemskiej infrastruktury przez lokalne społeczności i polityków.

W 2025 roku w samych Stanach Zjednoczonych aż 48 projektów rozbudowy DC o wartości 156 miliardów dolarów zostało całkowicie zablokowanych lub wstrzymanych. Mieszkańcy nie chcą w swojej okolicy DC z obawy o wzrost cen energii i przeciążenie sieci oraz gigantyczne zużycie wody potrzebnej do chłodzenia.

Problem ten całkowicie rozwiązują DCS, które nie są podatne na protesty, blokady; czy nawet potencjalne akty terroryzmu, katastrofy naturalne, albo działania wojenne i sabotaż ze strony innych państw.

Te wszystkie argumenty sugerują, że budowa DC w kosmosie to jedyna przyszłość dla ludzkości i całej branży AI. Ale niestety wszystko, co brzmi zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, często takie właśnie jest. DCS faktycznie rozwiązują dużą liczbę problemów, jednocześnie tworząc nowe.

Wykres wydania · I

Ziemia kontra orbita

Cztery wymiary, na których data-center w kosmosie ma fundamentalną przewagę nad tradycyjnym data-center na Ziemi.

Wymiar Na Ziemi Na orbicie
Energia Słońce dostępne 8–14 h na dobę, sieć energetyczna, baterie magazynujące Słońce 24/7, o 40% większa intensywność promieni — efektywność 5–7× wyższa
Chłodzenie Pochłania ~40% energii DC; 1,95 t masy chłodzącej na każde 2 t serwera Pasywne radiatory w próżni; zero zużycia wody i zero kosztu operacyjnego chłodzenia
Transfer danych Kable miedziane i światłowodowe; opóźnienia w przesyle z satelitów na Ziemię i z powrotem Lasery optyczne w próżni — światło o 40% szybsze; satelity wysyłają dane bezpośrednio
Bariery społeczne W 2025 r. w USA zablokowano 48 projektów DC o wartości 156 mld USD Brak protestów lokalnych, brak ryzyka sabotażu, ataków dronów czy katastrof naturalnych
Źródło: NVIDIA (chłodzenie), Data Center Watch (blokady projektów w USA), McKinsey „Data Centers in Orbit" (efektywność energetyczna), publiczne deklaracje SpaceX i Starcloud z marca 2026.

Dlaczego to może się nie udać

Przede wszystkim kwestia opłacalności. Obecnie starty rakiet i wysyłka cargo w kosmos ciągle są jeszcze zbyt drogie, żeby inwestycja w DCS się zwróciła. W tym momencie realny koszt wysyłki kilograma sprzętu w kosmos wynosi około 1500 USD. Wedle szacunków, aby opłacało się budować DC w kosmosie, ten koszt musiałby spaść do około 200–250 USD za kilogram.

Z jednej strony to ogromna przeszkoda do pokonania, ale z drugiej strony – jeszcze dziesięć lat temu ten koszt wynosił 3000 USD, pięć lat temu 2500 USD, a trzy lata temu 2000 USD. Nowy projekt rakiety od SpaceX pod nazwą „Starship" jeszcze w 2027 roku ma dalej obniżyć ten koszt do 600 USD za kilogram i finalnie – w okolicach 2030 roku – do poziomu 100 USD. Przynajmniej jeśli nie napotka na dalsze opóźnienia (a pewnie napotka).

Wykres wydania · II

Cena dostępu do orbity

Koszt wyniesienia 1 kg ładunku na niską orbitę okołoziemską (LEO). Próg, przy którym data-center w kosmosie zaczyna mieć sens biznesowy, to ok. 200–250 USD/kg.

3000 $ 2000 $ 1000 $ 0 Próg opłacalności DCS — ok. 200–250 $/kg ← DZIŚ PROGNOZA → 3 000 $ 2 500 $ 2 000 $ 1 500 $ 600 $ 100 $ Starship — debiut 2015 2020 2023 2026 2030 KOSZT WYNIESIENIA 1 KG NA NISKĄ ORBITĘ OKOŁOZIEMSKĄ (USD)
Źródło: SpaceX, NASA Cost Estimating Office, BryceTech „State of the Space Industry 2025". Wartości historyczne to przeciętne ceny rynkowe dostarczenia ładunku na LEO; prognozy dla rakiety Starship wg publicznych deklaracji SpaceX z 2025–2026 r.

Drugim problemem jest kwestia chłodzenia w kosmosie, a mianowicie… brak powietrza i brak wiatru, które mogłyby odprowadzać ciepło z procesorów. Jedynym rozwiązaniem dostępnym dzisiaj są pasywne radiatory, ale aby były one skuteczne, musiałyby mieć gigantyczną wielokilometrową powierzchnię (ponad 50 boisk piłkarskich).

W praktyce te rozwiązania już istnieją, bo są stosowane chociażby do odprowadzania ciepła z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale przy DCS powierzchnia radiatorów musiałaby być tysiąckrotnie większa. Tak więc ograniczeniem nie jest fizyka, tylko ponownie koszt wysłania, złożenia i serwisowania tak dużych elementów chłodzenia w przestrzeni kosmicznej.

Trzecia przeszkoda to żywotność chipów i całego osprzętu potrzebnego do ich funkcjonowania. W kosmosie elektronika byłaby cały czas bombardowana promieniami i protonami o dużych ładunkach energetycznych, co miałoby negatywny wpływ na żywotność układów.

Jednym z rozwiązań jest tu zaprojektowanie bardziej odpornych procesorów (do zrobienia!), a innym obniżenie kosztów ich częstszej wymiany poprzez zbudowanie stacji serwisowej na Księżycu (do zrobienia?). W ten sposób ograniczony zostałby koszt wysyłki cargo i ekip remontowych bezpośrednio z Ziemi.

Elon Musk już zresztą zapowiedział, że taki jest docelowy plan – tzn. umieszczenie na Księżycu zautomatyzowanej fabryki i stacji serwisowej obsługiwanej przez humanoidy Tesla Optimus. Ale Musk kiedyś zapowiedział też, że do 2029 roku wyślemy ludzi na Marsa, więc potrzebna jest tu spora dawka sceptycyzmu.

Niemniej, dobra wiadomość jest taka, że właściwie każdy z tych problemów sprowadza się do jednego rozwiązania: obniżenia kosztów wysyłki kilograma cargo w kosmos. A jest to dobra wiadomość, bo ceny spadają z roku na rok i firmą, która dokonuje przełomu za przełomem, jest nie kto inny, tylko SpaceX właśnie.

Zła wiadomość dla tej tezy inwestycyjnej jest natomiast taka, że rozwój „ziemskiej" technologii też nie stoi w miejscu. Każda kolejna generacja procesora czy każde kolejne data-center jest coraz bardziej efektywne (choć też coraz bardziej energochłonne). Istnieje zatem realna możliwość, że prędzej powstanie jakieś konkurencyjne rozwiązanie (może oparte na energii atomowej?), które sprawi, że budowa DC w kosmosie nie będzie w ogóle potrzebna.

Z trzeciej strony jednak – DCS w przestrzeni kosmicznej są szalenie atrakcyjne dla rządów i korporacji, bo gwarantują ochronę przed atakami, dronami, zamachami, katastrofami naturalnymi i potencjalnymi wojnami mogącymi mieć wpływ na ich losy.

Jeśli ta idea chwyci i jeśli SpaceX rzeczywiście będzie w stanie dalej obniżać koszty wysyłki towarów w przestrzeń kosmiczną, to będzie stanowiło to przepotężną tezę inwestycyjną i genialny model biznesowy, który potwierdzi, że połączenie się xAI i SpaceX było strzałem w dziesiątkę i biznesowym majstersztykiem.

W takim wypadku bowiem, zapotrzebowanie na moc obliczeniową oferowaną przez xAI będzie napędzało zamówienia na transport cargo oferowany przez SpaceX; a dalszy rozwój technologiczny SpaceX będzie obniżał koszty, co z kolei będzie napędzało popyt na DCS, co z kolei… i tak dalej. Jevons Paradox w praktyce.

Jeśli ktoś chciałby zatem postawić na tę tezę, to inwestycja w SpaceX wydaje się dzisiaj najpewniejszym (co nie znaczy pewnym) pomysłem. Tylko jak to zrobić?

Jak zainwestować w SpaceX

Najprawdopodobniej już 12 czerwca na giełdzie zadebiutuje SpaceX, który będzie handlowany pod tickerem SPCX. Jak wziąć udział w IPO?

Dla Polskich inwestorów możliwość jest tak naprawdę tylko jedna. W prospekcie emisyjnym SpaceX wymienionych zostało co prawda aż kilku brokerów dopuszczonych do oferowania udziałów (Fidelity, Robinhood, SoFi, E*Trade oraz Charles Schwab), ale… w rzeczywistości polskim inwestorom otworzenie konta i udział w IPO umożliwia tylko Charles Schwab International.

Progiem nie do przeskoczenia dla wielu osób będzie tu jednak minimalny wymóg przelania na platformę brokera minimum 100 000 USD, aby otrzymać w ogóle szansę (nie gwarancję!) bycia dopuszczonym do IPO. Dopiero ta wpłata będzie upoważniała do złożenia zainteresowania udziałem w IPO i wypełnienia ankiety na temat wiedzy i doświadczenia na giełdzie, celów inwestycyjnych etc. Jeśli broker zaakceptuje nasze odpowiedzi, to dopiero wtedy dopuści nas do złożenia oferty.

Kolejny problem w tym, że zainteresowanie IPO SpaceX jest tak ogromne, że musimy spodziewać się potężnej redukcji. Niestety nikt nie wie, jakiej. Złożenie zatem zamówienia na akcje o wartości 100 000 USD może poskutkować tym, że broker przydzieli nam udziały o wartości zaledwie 5000 USD, albo nie przydzieli ich nawet w ogóle (mimo tego, cała kwota 100 000 USD jest blokowana od razu).

W przypadku tak dużego popytu na akcje broker finalnie przeprowadza loterię decydującą, komu i w jakiej ilości przydzielić udziały. Nie znalazłem nigdzie oficjalnych zasad loterii, ale wielu klientów zwracało uwagę, że do tej pory broker większą pulę udziałów przyznawał wieloletnim klientom z dużymi rachunkami, a nie nowo otwartym kontom z minimalną wpłatą bez żadnej historii relacji z brokerem.

To wszystko sprawia, że udział w IPO dla zdecydowanej większości inwestorów staje się praktycznie nierealny i jedynym rozwiązaniem pozostaje zakup akcji na debiucie przy pomocy takich brokerów, jak choćby popularny w Polsce Interactive Brokers.

Ryzyko w tym, że kupując akcje na debiucie nigdy nie wiemy, po jakiej cenie to nastąpi. Teoretycznie możemy ustawić zlecenie typu Limit, np. z premią +20% czy +30% względem szacowanej ceny IPO, ale… jeśli kurs otworzy się o 31% wyżej, to nasze zlecenie nie zostanie zrealizowane.

Konkretna cena udziałów w IPO powinna być ustalona do 11 czerwca (dzień przed debiutem na giełdzie). Samo zlecenie będzie można ustawić dopiero po jej ogłoszeniu, najpewniej na kilka godzin przed debiutem, a więc realnie 12 czerwca rano polskiego czasu. Do tego momentu ticker może nie być w ogóle widoczny w systemie brokera.

Jeśli zatem zależy nam na ominięciu kolejki zleceń i zakupie akcji po każdej cenie w pierwszej milisekundzie handlu, to powinniśmy ustawić zlecenie typu Market z czasem ważności GTC (Good till canceled), ponieważ w dniu debiutu akcje nie są dostępne od razu po otwarciu giełdy, ale dopiero po jakimś czasie (zazwyczaj od 30 minut do 3 godzin).

Takie rozwiązanie jest skuteczne, ale szalenie ryzykowne. Zlecenie typu Market faktycznie zagwarantuje nam, że akcje znajdą się w naszym portfelu, ale zagwarantuje to bez względu na cenę otwarcia. Jak duże jest to ryzyko? Nie wiadomo, bo to będzie zależało od popytu ze strony inwestorów.

Dla przykładu – Snowflake debiutował po cenie 120 USD, ale pierwszy moment handlu oznaczał zakup akcji po 245 USD; Airbnb debiutowało po 68 USD, a kurs otworzył się na 146 USD. W obu przypadkach mówimy o przebitce ponad 100%.

Wykres wydania · III

Cena debiutu ≠ cena otwarcia

Najgłośniejsze debiuty ostatnich lat — różnica między ceną w prospekcie (IPO) a kursem pierwszej transakcji na giełdzie. Zlecenie Market kupuje po tej drugiej, nie po pierwszej.

SPÓŁKA CENA IPO → CENA OTWARCIA PREMIA +100% SNOW Snowflake (2020) 120 $ → 245 $ +104% ABNB Airbnb (2020) 68 $ → 146 $ +115% BYND Beyond Meat (2019) 25 $ → 46 $ +84% DASH Doordash (2020) 102 $ → 182 $ +78% Inwestor składający zlecenie Market w dniu debiutu kupiłby po cenie z prawej kolumny — nie z lewej.
Źródło: prospekty emisyjne S-1 (SEC), Bloomberg, Yahoo Finance. Cena IPO = cena z prospektu; cena otwarcia = kurs pierwszej transakcji na giełdzie w dniu debiutu.

Pośrednim rozwiązaniem jest jeszcze ustawienie zlecenia typu Limit z wysokim progiem, na przykład 50–100% względem ceny debiutu. To powinno zostawić sporo miejsca na realny zakup akcji, ale jednocześnie uchronić nas w przypadku, gdyby kurs wystrzelił do absurdalnych poziomów w okolicach 200% premii względem debiutu. Mało prawdopodobne, ale nigdy nie wiadomo.

Zanim ustawimy jakiekolwiek zlecenie, musimy zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, czego będziemy żałować bardziej: że kupiliśmy akcje po cenie o wiele wyższej niż cena debiutu, czy że nie kupiliśmy tych akcji wcale, a one potem odleciały w kosmos.

Na to pytanie niestety nie ma jednej poprawnej odpowiedzi i każdy musi poszukać swojej własnej.

· · ·

Ale tak sobie myślę, że chyba jeszcze ważniejszym pytaniem jest to, czy faktycznie chcemy postawić na tezę inwestycyjną, której weryfikacja może potrwać co najmniej kolejną dekadę.

Z mojego doświadczenia wiem, że prognozowanie tego, jak będzie wyglądał świat za 10–15 lat, rzadko kiedy się udaje.

Tak czy inaczej, na decyzję mamy dwa tygodnie.

Do usłyszenia,
Tomasz Trela

Warszawa, 26 maja 2026