O tym mówi Wall Street

06 07.20

Czy na giełdzie mamy już nową bańkę spekulacyjną?

To jest pytanie, nad którym zastanawia się dzisiaj spora część inwestorów i na które w poniedziałkowym dodatku starał się odpowiedzieć amerykański dziennik finansowy Wall Street Journal.

Od dna z końcówki marca indeksy S&P 500 i NASDAQ wzrosły już odpowiednio o 35% i 48% zaliczając jeden z najszybszy i najbardziej spektakularnych rajdów w historii. Problem w tym, że kwestia oddziaływania Covid-19 wcale nie została rozwiązana, a dane z gospodarki są dalekie od tych, z którymi mieliśmy do czynienia jeszcze w zeszłym roku.

Skąd więc wzrosty na giełdzie i czy to oznacza, że mamy do czynienia z bańką spekulacyjną taką, jak w końcówce lat dziewięćdziesiątych?

Na pierwszy rzut oka sporo może na to wskazywać, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że dzisiaj nawet akcje bankrutów potrafią rosnąć o kilkaset procent w ciągu paru dni. Pojawiło się już nawet odpowiednie określenie na to, z czym obecnie mamy do czynienia: „Hossa Robinhooda”.

Sformułowanie nawiązuje do platformy transakcyjnej Robinhood oferującej praktycznie darmowe prowizje od transakcji. Handel przez jej aplikację na smartfony upodobali sobie zwłaszcza młodzi niedoświadczeni „inwestorzy”, którzy nie do końca mają pojęcie, co kupują i dlaczego.

To wytłumaczenie jednak nie do końca się broni. Kapitał, którym dysponują tego typu handlarze, jest tak skromny, że nie można nim ruszyć kursami akcji żadnych innych firm niż bankrutów o skrajnie niskiej kapitalizacji. Do spółek z indeksów S&P 500 czy NASDAQ płynie zdecydowanie większa gotówka.

Aczkolwiek! Twarde dane pokazują, że jej poziom nawet w połowie nie jest tak bliski temu, co działo się pod koniec lat dziewięćdziesiątych tuż przed pęknięciem bańki na akcjach spółek internetowych, po którym sam NASDAQ spadł o prawie 80%. Cóż to więc za tajemnicze dane?

Po tamtych wydarzeniach dwójka profesorów z uniwersytetu Harvarda (Malcolm Baker) i z uniwersytetu nowojorskiego (Jefferey Wurgler) przeprowadziła gruntowne badania starając się odpowiedzieć na pytanie, jakie wskaźniki definiują bańkę i jakie wydarzenia poprzedzają jej pęknięcie. W efekcie udało im się wyselekcjonować pięć kluczowych cech.

Spoiler: z żadną z nich nie mamy do czynienia obecnie.

Dwa pierwsze wskaźniki odnoszą się do liczby nowych debiutów giełdowych i do tego, jak bardzo w trakcie pierwszego dnia handlu nowymi akcjami na giełdzie ich kursy pną się do góry.

W 1999 roku, czyli na chwilę przed pęknięciem bańki, na giełdzie zadebiutowało aż 476 nowych spółek(!), których akcje w trakcie pierwszego dnia rosły średnio o 71%. To zdecydowany sygnał mówiący o tym, jak bardzo optymistyczni (irracjonalni) stali się inwestorzy. W tym roku do tej pory na giełdzie zadebiutowały 44 spółki, które odnotowały średnie wzrosty pierwszego dnia „tylko” o 34%. Niebo a ziemia.

Trzeci wskaźnik bada, w jaki sposób spółki giełdowe pozyskują kapitał – z emisji nowych akcji czy z kredytów bankowych? W 1999 roku inwestorzy tak chętnie kupowali każdy rodzaj akcji, że spółki 18% swojego finansowania pozyskiwały emitując nowe udziały.

Ostatnio wyczyn ten próbował powtórzyć Hertz, ale komisja ds. giełd (SEC) wyraziła swoje niezadowolenie z tego, że spółka, która ogłasza bankructwo, planuje wyemitować nowe akcje i Hertz się z pomysłu wycofał.

Ogólnie rzecz ujmując obecnie firmy pozyskują poprzez giełdę tylko 7.5% kapitału, a więc dwa razy mniej niż przed pęknięciem bańki.

Czwarty sygnał bazuje na porównaniu ze sobą wycen spółek wypłacających dywidendę i tych, które jej nie wypłacają. Firmy dywidendowe to zazwyczaj te stabilne, ugruntowane i dojrzałe przedsiębiorstwa, które postrzegane są jako dobre i pewne nabytki na ciężkie czasy. Po drugiej stronie stoją spółki rozwojowe, często technologiczne, które całe swoje zyski reinwestują jeszcze w budowę efektu skali.

W czasach irracjonalnego optymizmu inwestorzy porzucają firmy dywidendowe i swój kapitał alokują w spółkach bardziej ryzykownych, ale też bardziej obiecujących, sprawiając tym samym, że ich wyceny rosną do niebotycznych poziomów.

W 1999 roku tego typu spółki miały dwa razy wyższą wycenę (wskaźnik ceny do wartości księgowej) niż spółki dywidendowe. Dzisiaj jest zupełnie odwrotnie. To „bezpieczne” spółki dywidendowe średnio mają o 44% wyższą wycenę niż firmy niepłacące dywidendy. W niepewnych czasach dalekie jest to od irracjonalności.

Ostatnim wskaźnikiem sugerującym bańkę lub jej brak jest dyskonto w cenie udziałów funduszy inwestycyjnych względem wartości akcji posiadanych przez te fundusze. W marcu dyskonto to było największe w historii co oznacza, że inwestorzy panicznie bali się zapłacić nawet (przykładowo) 70$ za coś, co warte jest 100$. Ponownie – taka sytuacja nie wskazuje na bańkę, a wręcz przeciwnie.

W tym momencie co prawda poziom dyskonta zmniejszył się względem tego, co było w marcu, ale ciągle mamy do czynienia z historycznie bardzo dużym spreadem pomiędzy ceną udziałów w funduszach, a ich tzw. NAV (Net Asset Value). Wygląda więc na to, że strach ciągle jeszcze pozostaje w umysłach inwestorów.

To wszystko nie oznacza oczywiście, że nie będziemy mieli do czynienia z korektą na giełdzie. Dane wskazują jednak, że nawet jeśli, to korekta będzie tylko korektą i okazją do zakupów, a nie pęknięciem bańki spekulacyjnej, bo – pomimo solidnych wzrostów – żadna bańka spekulacyjna dzisiaj po prostu nie istnieje.

  • Transakcje dnia
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo