O tym mówi Wall Street

18 03.20

Ciągle tylko bessa czy już recesja?

Jeszcze tydzień temu nie mówiliśmy nawet o rynku niedźwiedzia (indeksy spadały mniej niż 20% od ostatniego szczytu), a dzisiaj nie tylko znaleźliśmy się w fazie giełdowej bessy, ale w dodatku ekonomiści zaczynają twierdzić, że nieunikniona jest także globalna recesja. 

Dwa tygodnie temu nikt rozsądny nawet nie wymawiał tego zakazanego słowa; tydzień temu szanse pojawienia się recesji wzrosły błyskawicznie do 50%; a dzisiaj nie rozmawiamy już o tym, czy spowolnienie przyjdzie, tylko o tym, jak długo potrwa. 

Trudno jednak winić ekonomistów za zmianę zdania, gdy zmienia się świat, jaki znamy. Skala międzynarodowych blokad transportu towarów i osób jest bowiem rzeczywiście bezprecedensowa i dotyka dosłownie wszystkich. Kiedy kurz już opadnie, najpewniej okaże się, że modele statystyczne oszacowałyby ryzyko wystąpienia takiego wydarzenia na granicy sześć sigma. To oznacza, że powinno ono wydarzyć się mniej więcej dwa razy w historii ludzkości. 

Podobnie zresztą jak ostatni kryzys finansowy z 2008 roku. To pokazuje tylko, jak bardzo jesteśmy bezbronni w konfrontacji z czarnymi łabędziami, o których pisał dr Nicholas Taleb w kultowej już książce „Zwiedzeni przez losowość”.


V, U, L

Odbicie w gospodarce i na giełdzie przyjdzie prędzej czy później. Pytanie tylko jaki kształt przybierze? Optymiści spodziewają się wyskoku w kształcie litery V; realiści mówią o literze U; natomiast pesymiści przywołują literę L i twierdzą, że po tak dużym ciosie dla ludzkości, giełda już nigdy nie wróci do swoich ostatnich szczytów.

Wiele spółek nie przetrwa, to prawda. Upadną mniejsze linie lotnicze, znikną drobne sklepiki z pamiątkami i pojedyncze restauracje, zbankrutują hotele i rodzinne pensjonaty, zamknięte zostaną biura podróży. Nikt nie wie jednak, jak duży procent całego przemysłu opartego na turystyce spotka ten los. 10-20%? Jeśli tak, to w takim wypadku odbicie przyjdzie szybciej niż się spodziewamy, bo gdy tylko turyści wrócą na trasę, pustka zostanie błyskawicznie wypełniona.

Z drugiej strony – przedłużająca się na kolejne miesiące blokada granic i uziemienie linii lotniczych może doprowadzić do o wiele większego spustoszenia w najbardziej narażonych sektorach i spowodować utratę płynności nawet u połowy branży.

Biorąc jednak pod uwagę całe realnie istniejące zagrożenie (co jest bezdyskusyjne), należałoby się zastanowić, na ile kursy akcji już teraz dyskontują w sobie czarną wizję przyszłości? Firmy z branży transportowej, hotelarskiej czy gastronomicznej w tym momencie spadły przecież na przestrzeni kilku tygodni o 50-80%.

Czy ten spadek czasami nie dyskontuje już w sobie spodziewanej utraty przychodów nie tylko na pierwszą połowę, ale i na cały bieżący rok? Czy ludzie za parę miesięcy znowu nie zaczną latać samolotami i jadać na mieście? Czy takie właśnie momenty przesadzonej paniki nie okazują się potem idealnymi okazjami do zakupu akcji?

W tym miejscu pewnie wiele osób oczekiwałoby prostej i jednoznacznej odpowiedzi. To jest zrozumiałe. Problem jednak w tym, że dzisiaj nikt takiej nie ma.


The saints are coming

Pozytywną wiadomością jest to, że biznes nie pozostaje pozostawiony samemu sobie. Amerykańska Rezerwa Federalna (w przeciwieństwie do 2008 roku) tym razem zadziałała proaktywnie i w porę obniżyła stopy procentowe praktycznie do zera, żeby umożliwić łatwiejszy i tańszy dostęp do linii kredytowych dla zadłużonych przedsiębiorstw, zanim te jeszcze zaczną składać wnioski o bankructwo. 

Dodatkowo FED rozpoczyna skup obligacji za kwotę 700 miliardów dolarów i będzie gwarantem pożyczek udzielanych przez banki komercyjne. Te działania nie powstrzymają wirusa i nie zapobiegną kryzysowi ekonomicznemu, ale mogą zapobiec kryzysowi finansowemu. To już coś. 

Z drugiej strony pojawia się opóźniona propozycja ze strony administracji prezydenta w postaci pakietu ratunkowego o wartości… jednego biliona dolarów (amerykański trylion). Dla porównania w 2009 roku po największym kryzysie naszych czasów pomoc od rządu była mniejsza o 20% i wynosiła niecałe 800 miliardów dolarów. Co istotne, tym razem ta pomoc przychodzi przed recesją, a nie już po niej. 

Jeśli Kongres i Senat nie zablokują ustawy, a prawdopodobnie tego nie zrobią, to ten gigantyczny pakiet ratunkowy na niespotykaną do tej pory skalę ma faktycznie szansę uratować miejsca pracy i nie dopuścić do upadłości najważniejszych spółek z kluczowych gałęzi gospodarki, takich jak transport. 

Obok wpompowania potężnych pieniędzy w rynek, planowane są także dodatkowe ułatwienia. Amerykański urząd podatkowy wydłuża terminy rozliczeń i zawiesza kary za opóźnione płatności. Rząd zamierza dofinansować pracodawcom płatne urlopy dla zatrudnionych. 250 miliardów dolarów z pierwszej transzy zostanie też rozdysponowanych wśród „zwykłych” obywateli pod postacią czeków gotówkowych do zrealizowania na dowolny cel. 

To wszystko, razem z niższymi kosztami kredytu, powinno rzeczywiście wywrzeć dość istotny wpływ na podtrzymanie rozwoju gospodarki. Nie nastąpi to jednak w pierwszej połowie roku. Kiedy restauracje i lotniska są zamknięte, to drugorzędne znaczenie ma to, jak wysokie oprocentowanie mamy do dyspozycji na karcie kredytowej, skoro z tej karty po prostu nie ma gdzie skorzystać. 

Taka sytuacja jednak nie będzie trwała wiecznie i życie prędzej czy później wróci do normy. A wtedy zachęty ze strony polityki monetarnej i fiskalnej zaczną mieć już realne znaczenie. 

PS. Gdyby ktoś okazał się na tyle odważny, żeby wykorzystać ostatnie spadki i skupić trochę przecenionych akcji, to zapraszam do obejrzenia ostatniego webinaru, na którym podpowiadałem w co warto zainwestować.

  • Transakcje dnia
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo