Czym tak naprawdę jest giełda i dlaczego akcje rosną w nieskończoność?

Wiele osób pojmuje giełdę jako siedlisko spekulantów i hochsztaplerów czyhających tylko na to, żeby wyciągnąć pieniądze od zwykłego szarego człowieka. Miejsce, które nie służy żadnemu realnemu rozwojowi gospodarczemu. Miejsce, które nie przysparza stanowisk pracy. Miejsce, które niczego nie wytwarza. Miejsce, które nie produkuje żadnego towaru i nie generuje żadnej wartości dodanej dla społeczeństwa. Czy tak jest naprawdę?

Sporo osób, które nie miały wcześniej do czynienia z rynkami akcji, pewnie podpisałoby się pod stwierdzeniem, że giełda to punkt na mapie świata, który służy wyłączenie temu, aby w efekcie spekulacji na cenach akcji, bogatsi stawali się jeszcze bogatsi, a biedni dalej byli biedni; i właściwie nie wydarzyłoby się nic specjalnie złego, gdyby piorun trafił w to miejsce i giełda z dnia na dzień przestałaby istnieć.

Zgodnie z tą doktryną codzienny normalny świat toczyłby się tak samo, jak do tej pory, bez żadnego wpływu na zwykłego zjadacza chleba. No cóż, problem w tym, że jednak nie toczyłby się tak samo.


Jaki w ogóle jest sens istnienia giełdy?

To prawda, że stare dobre fabryki zatrudniają ludzi; to prawda, że wytarzają realne i namacalne produkty; to prawda, że dzięki tym tradycyjnym biznesom odnotowujemy rozwój i postęp, a gospodarka nakręca świat, który dzięki temu nieustannie posuwa się do przodu.

To prawda, że klasyczne przedsięwzięcia biznesowe zaspokajają rzeczywisty popyt społeczeństwa na usługi i produkty i że podnoszą jakość i komfort życia. To prawda, że sklepy zapewniają dostęp do niezbędnych produktów spożywczych, a producenci samochodów do środków transportu ułatwiających komunikację.

To wszystko prawda, tylko należałoby zapytać, skąd firmy biorą na ten rozwój pieniądze? Skąd pochodzą środki na inwestycje w efektywniejsze linie wytwórcze? W badania nad nowymi produktami? W budowę efektu skali? W ekspansję? Co sprawia, że mała dwuosobowa firma założona w garażu rośnie do największego na świecie międzynarodowego przedsiębiorstwa o przychodach przekraczających dziesiątki miliardów dolarów rocznie? Jak to jest możliwe?

Żeby opracować nowy produkt, którym potem będzie można podbić rynek, zatrudnić ludzi do jego produkcji, a potem do sprzedaży, najpierw potrzeba ogromnych nakładów finansowych na jego wytworzenie. Skąd więc pochodzą te pieniądze, które sprawiają, że mała firma zostaje dużą firmą; że idea zamienia się w projekt; że projekt zamienia się w produkt?

Celem istnienia giełdy akcyjnej jest pomoc w odnalezieniu się i w połączeniu ze sobą inwestorów posiadających kapitał z osobami czy z firmami posiadającymi pomysł na to, jak ten kapitał wykorzystać. Akcje to nie trzyliterowe symbole mrugające na platformie transakcyjnej, ale akcje to udziały nabywane w realnych przedsiębiorstwach, które opracowują lub produkują realne produkty czy usługi sprzedawane potem realnym konsumentom.

Kupując akcje danej firmy, stajemy się jednocześnie współwłaścicielem części konkretnego rzeczywistego przedsiębiorstwa, razem z jego liniami produkcyjnymi, razem z jego budynkami, z jego załogą, z jego patentami, z jego know-how i z jego wizją przyszłości.

Jak moglibyśmy, jako inwestorzy, przekazywać swoje pieniądze na rozwój firmy, o której nie wiemy kompletnie nic, poza tym, że jej giełdowy symbol to XYZ i że ten giełdowy symbol wybił się ostatnio z formacji trójkąta w okolicy wsparcia nakreślonego na bazie poziomów Fibonacciego? Przecież to absurdalne. A tak właśnie swoje decyzje „inwestycyjne” podejmuje część domorosłych „inwestorów”.


Zapomniana sztuka wybierania akcji

Wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą i podchodzi do nas zupełnie obca osoba, która prosi nas, żebyśmy dali jej tysiąc złotych, a ona za jakiś czas odda nam tysiąc dwieście. Człowieka widzimy pierwszy raz na oczy. Wygląda całkiem przyzwoicie, chociaż nie wiemy nawet jak się nazywa, ale na klapie marynarki przypiętą ma plakietkę z napisem „ABC”.

Żeby uwiarygodnić swoją prośbę, człowiek – nazwijmy go człowiekiem z plakietką ABC – wyciąga z plecaka wydruk formatu A3, na którym naniesiony został wykres przypominający odczyt EKG rozciągnięty w czasie. Raz wskazania rysują się w górę, a raz w dół, więc trudno na pierwszy rzut oka dostrzec tutaj jakąkolwiek inną prawidłowość poza taką, że odczyt raz jest rosnący, a raz spadający.

Człowiek z plakietką ABC tłumaczy nam, że nie jesteśmy pierwszą osobą, do której w tym roku zgłasza się po pieniądze. Szczerze mówiąc, robi to każdego dnia. – Wszystkie osoby, które zgodziły się udzielić mu pożyczki akurat w czasie, gdy wykres EKG znajdował się w dolnych zakresach, otrzymały potem zwrot swojej kwoty powiększonej o 200 zł – przekonuje człowiek ABC i dodaje: – Osoby, które namówiłem na przekazanie mi tysiąca złotych wtedy, gdy wykres znajdował się w górnym percentylu, nie tylko nie otrzymały dodatkowych dwustu złotych ze swojego pierwotnego tysiąca, ale przy zwrocie odzyskały jedynie połowę pierwotnej kwoty! A teraz daj mi swój tysiąc złotych – kończy człowiek z plakietką ABC.

Czy wiemy o nim cokolwiek, co mogłoby uwiarygodnić jego prośbę? Nie, nie wiemy o nim nic. Nie mamy pojęcia kim jest ani czym się zajmuje. Nie znamy jego historii. Nie wiemy, kto za nim stoi. Nie wiemy na jaki cel pragnie przeznaczyć nasz tysiąc złotych. Nie wiemy, czy ma jakikolwiek majątek, z którego potem moglibyśmy windykować nasze pieniądze, a nawet jeśli tak, to nie wiemy czy w kolejce nie stoją już kolejni wierzyciele.

Nie znamy też sytuacji zawodowej człowieka z plakietką ABC. Nie wiemy, czy posiada jakiekolwiek stabilne źródło dochodu, czy otrzymuje regularne wpływy na konto w postaci wynagrodzenia od pracodawcy albo zysków z własnej działalności. Nie wiemy na czym jego działalność polega, przez co nie rozumiemy, czy jest podtrzymywalna czy to tylko papierowa wydmuszka, za którą nie idą żadne rzeczywiste przepływy finansowe. Nie wiemy o nim nic.

Widzieliśmy wyłącznie naniesioną na wykres wizualizację tego, że w przeszłości zwroty pieniędzy dla jego pożyczkodawców raz kształtowały się pozytywnie, a raz negatywnie. Człowiek z plakietką ABC mógłby używać naprawdę mądrze brzmiących teorii o falach Elliotta czy cyklach udokumentowanych przez radzieckich uczonych, a nawet o fazach księżyca, których celem byłoby przekonanie nas, że to jest akurat ten moment, kiedy powinniśmy oddać mu swoje pieniądze, ale… ilu z nas w ten sposób zostałoby do tego faktycznie przekonanych?

Giełda działa trochę w podobny sposób. Na rynku mamy do wyboru setki tysięcy różnych spółek z różnymi kilkuliterowymi plakietkami i każda z tych plakietek chce naszych pieniędzy. Tylko, że giełda to nie konkurs piękności. Benjamin Graham, ojciec analizy fundamentalnej, powtarzał, że akcji na giełdzie nie powinniśmy wybierać tak, jak wybieramy perfumy w drogerii, ale tak, jak wybieramy owoce na targu.

Zatem jeśli faktycznie chcemy dobrze zainwestować nasze pieniądze w mądry pomysł, w mądry zarząd i w mądre produkty, to niestety, ale musimy poświęcić trochę czasu na ich analizę. Na sprawdzenie i ocenę nie tylko tego, jaki pomysł na produkt czy usługę finansujemy, ale także na to, czy firma jest na style stabilna finansowo, że ma realne szanse, aby dostarczyć swoją obietnicę na rynek. W przeciwnym wypadku rośnie prawdopodobieństwo tego, że zanim spółka dostarczy swoją obietnicę, to z powierzchni ziemi zmiecie ją pierwsza recesja czy solidniejsze spowolnienie gospodarcze.


Święta trójca inwestowania w spółki giełdowe

Jednak stabilność finansowa, czyli tak zwane „fundamenty”, to jeszcze nie wszystko. Równie istotne jest to, czy firma ma pomysł na biznes, który potrafi już generować stabilne przychody, zyski i gotówkę, a także to, czy nie musimy zbyt dużo za takie akcje zapłacić, a zatem czy spółka nie jest przewartościowana.

Celem inwestora jest bowiem zakup akcji po cenie X i odsprzedanie ich w przyszłości po cenie 2X. Jeśli jednak odwrócimy tę sytuację, to marne nasze szanse na zysk. Giełda to prosty mechanizm – żeby zarobić tutaj jakiekolwiek pieniądze, trzeba najpierw kupić tanio, a potem sprzedać drogo. Kiedy jednak już na samym wstępie zaburzamy ten porządek rzeczy i kupujemy drogo, to zawsze istnieje jakaś szansa, że sprzedamy jeszcze drożej, ale znacznie częściej jednak kupując drogo, sprzedamy potem tanio.

Tak więc w teorii każdy pomysł inwestycyjny powinien być oceniany w co najmniej trzech kategoriach: stabilności finansowej całego biznesu, dynamiki generowania coraz większych przychodów, zysków i gotówki oraz pod kątem wyceny aktualnej wartości akcji. W praktyce problem polega na tym, że spółki idealne nie istnieją.

Krążyło kiedyś w internecie zdjęcie tabliczki reklamowej wykonanej w jednym z warsztatów samochodowych. Hasło na tabliczce brzmiało: „Szybko, dobrze, tanio”. Pod spodem mniejszą czcionką dopisane zostało jednak: „Można wybrać tylko dwa z trzech powyższych parametrów usługi.” Zatem powyższa usługa może być wykonana szybko i tanio, ale wtedy nie będzie dobrze; może być szybko i dobrze, ale wtedy nie będzie tanio; albo może być tanio i dobrze, ale wtedy nie będzie szybko.

I ta prosta tabliczka znaleziona w warsztacie samochodowym jest kwintesencją oceny spółek giełdowych. Konkluzją, do której na własną rękę dochodzi się latami jest to, że na rynku praktycznie nigdy nie znajdziemy spółki idealnej, która będzie jednocześnie stabilna, tania i zyskowna.

Firmy, które w oszałamiającym tempie zwiększają swoje przychody czy zyski, nigdy nie będą tanie; podobnie jak spółki stabilne i bezpieczne, bo inwestorzy nie pozwalają takim akcjom spadać zbyt mocno.

Z drugiej strony, bardzo dużo na giełdzie jest spółek tanich, jednak najczęściej niska wycena wynika z jakiegoś powodu. Zazwyczaj powodem tym jest brak pozytywnych prognoz odnośnie dalszego wzrostu zysków. Po co inwestor miałby alokować swoje oszczędności w spółkę, która przestała zarabiać pieniądze i nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała się zmienić? Kupowanie spółek tanich tylko dlatego, że są tanie, będzie fatalną strategią inwestycyjną. Nie na tym polega „inwestycja” w swoim pierwotnym znaczeniu.

Cena akcji spółki, która nie generuje coraz większych przychodów czy zysków, ani nie zwiększa wartości swoich aktywów, nigdy nie będzie rosła, choćby spółka była najstabilniejszym i najbezpieczniejszym przedsiębiorstwem na świecie.

Akcje nie rosną dlatego, że firma posiada solidne fundamenty. To tak, jakby oczekiwać, że samochód, który posiada wzmocnione podwozie, grubą karoserię, kuloodporne szyby i klatkę bezpieczeństwa, musi być piekielnie szybki. Tymczasem poziom bezpieczeństwa nie ma nic wspólnego z dynamiką wzrostu prędkości auta. Tak samo jak fundamenty nie mają znaczącego wpływu na wzrost ceny akcji.

Za to odpowiada już cały szereg zupełnie innych czynników.


Problem z wyceną towarów wszelakich

Każdy produkt posiada jakąś wartość. Akcje są produktem takim samym, jak wszystko inne. Czasem wartość danego produktu można wyliczyć i określić w sposób uczciwy, obiektywny i jednoznaczny, a czasem nie.

W sposób nie budzący zastrzeżeń i obiekcji nie da się, na przykład, oszacować uczciwej wartości uncji złota. Można określić jej aktualną cenę transakcyjną na rynku, ale czy to zawsze będzie rzeczywista uczciwa wartość kruszcu? Co to w ogóle znaczy „wartość uczciwa”?

Jeśli w 2011 roku uncja złota kosztowała 1900 USD, a cztery lata później już tylko 1000 USD, to która z tych wartości była uczciwa? A może żadna? Może uczciwa wartość leży gdzieś pośrodku? Jak to wyliczyć? Jak to sprawdzić? Jak to oszacować?

Według jednych ekspertów złoto niedługo będzie warte 10 000 USD, a według innych tylko 800 USD, czyli tyle, ile wynosi realny koszt produkcji kruszcu. Kto zatem ma tu rację i dlaczego w ogóle ktokolwiek przy zdrowych zmysłach miałby chcieć zapłacić za uncję złota więcej niż wynosi koszt jego wydobycia powiększony o marżę sprzedawcy?

Kłopotliwe w wycenie są także inne aktywa o wartości uzależnionej od aktualnego sentymentu kupujących. Jak bowiem można określić uczciwą wartość jednego Bitcoina? Dlaczego w 2017 roku Bitcoin kosztował 1000 USD, ale w 2018 r. już 20 000 USD, a w 2019 r. 3500 USD? W chwili, w której piszę ten akapit, Bitcoin kosztuje 36 000 USD, ale za parę miesięcy ta cena z pewnością będzie już zupełnie inna, może 13 000 USD, a może 130 000 USD. Pytanie brzmi: która z tych kwot jest, była lub będzie uczciwa i jaka jest ta rzeczywista wewnętrzna wartość jednej wirtualnej monety?

A uczciwa wartość odnalezionych po latach nut, które wyszły spod ręki Jana Sebastiana Bacha? Uczciwa wartość obrazu? Wartość butelki wina? Zabytkowego samochodu? Miedzi? Kobaltu? Aktualna cena tych aktywów jest taka, jaką zgadza się za nią w danym momencie zapłacić konsument, klient, odbiorca czy cały rynek rozumiany jako zbiorowość wszystkich tych osób. Zgoda. Jednak cena transakcyjna nie ma nic wspólnego z wartością danego przedmiotu.

Cenę transakcyjną ustala sentyment, reklama, marketing szeptany, pozytywne lub negatywne public relations, opinie autorytetów, ale przede wszystkim cenę transakcyjną złota czy Bitcoina ustala ton informacji w wieczornych wiadomościach i w porannej prasie.

Jednak nie znając uczciwej wartości danego produktu nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy aktualna cena transakcyjna jest uzasadniona czy może jej obecna wysokość to wyłącznie wytwór zbiorowego szaleństwa, paniki, chciwości, strachu lub euforii albo rodzącego się właśnie nowego paradygmatu.

To jest spory problem, bo nie istnieje sposób, żeby wyliczyć i określić uczciwą wartość towaru, który nie generuje żadnych przepływów gotówkowych. W takich przypadkach aktualną wartość ustala popyt i podaż, które z kolei zależą od tak wielu zmiennych i rozproszonych czynników, że szalenie trudno byłoby próbować je skutecznie prognozować. Sprawiedliwą wartość wyrażoną w walucie można przypisać jedynie takiemu towarowi, który również generuje jakieś jednostki tej samej waluty.

Złoto, Bitcoin, obraz ani miedź nie generują przepływu waluty, a więc nie istnieje sposób, aby określić ich bezwzględną, rzeczywistą, uczciwą czy wewnętrzną wartość (bez względu na to, jakim synonimem ją nazwiemy). Towary, które nie generują przepływów gotówkowych, są w danej chwili warte tylko tyle, ile konsumenci decydują się za te towary zapłacić. Problem w tym, że zdanie konsumentów potrafi zmieniać się z minuty na minutę, a zachowania tłumu nie da się przewidzieć.

To, czy cena Bitcoina pójdzie do góry czy w dół zależy od zbyt wielu różnych czynników zmieniających się w czasie oraz od tego, jak na te czynniki zareaguje zbiorowość ludzka. Chcąc więc w zdroworozsądkowy sposób zainwestować dzisiaj w Bitcoina, złoto czy miedź, przede wszystkim musielibyśmy określić, jaka jest uczciwa cena danego towaru, a następnie odnieść tę wartość do aktualnej giełdowej ceny transakcyjnej, żeby zdecydować, czy mamy tu do czynienia z okazją inwestycyjną czy też nie.

Zasada co do zarabiania pieniędzy, nie tylko na giełdzie, jest zawsze taka sama – kupić tanio, sprzedać drogo. To zadanie będzie jednak zupełnie niewykonalne w środowisku, w którym nie istnieje sposób na to, żeby określić co w przypadku danego towaru oznacza „drogo”, a co oznacza „tanio”. Na szczęście z akcjami jest inaczej.


Ile tak naprawdę warte są akcje?

Każda spółka giełdowa generuje jakieś przychody. Większość spółek generuje także zysk netto, za którymi idą wpływy realnej gotówki na konta firmy. Całkiem sporo przedsiębiorstw część tej gotówki przeznacza później na wypłatę dywidendy dla swoich akcjonariuszy.

Każda z tych wartości (przychody, zyski, przepływy, dywidendy) wyrażona jest w tej samej jednostce, co cena transakcyjna akcji spółki na giełdzie publicznej. To znacznie ułatwia zadanie polegające na określeniu tego, jaka cena za akcję w przypadku konkretnej spółki będzie ceną uczciwą.

Nawet jeśli sformułowanie „uczciwa cena” może być traktowane dość subiektywnie, to możliwość porównywania ze sobą wycen różnych akcji będzie już czynnością w pełni obiektywną. Dzieje się tak dlatego, że porównujemy wartość wyrażoną w dokładnie tych samych jednostkach.

W dolarach amerykańskich płacimy bowiem za akcję firmy na giełdzie; ta akcja potem wypracowuje nam przychody oraz zyski także wyrażone w dolarach; a następnie dolary te wypłaca w formie dywidendy. Dzięki temu możemy z łatwością określić, ile dolarów musimy zapłacić dzisiaj za jedną akcję spółki, która w przyszłości wygeneruje nam określoną część przychodów, zysków czy wypłaci dywidendę przypadającą na tę naszą jedną akcję. Zadanie jest proste, bo porównujemy tu dolar do dolara.

Weźmy za przykład dwa hipotetyczne przypadki dwóch różnych spółek ABC i CBA, których akcje kosztują dokładnie po 100 USD za sztukę. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że skoro oba papiery kosztują tyle samo, to obie akcje są także tyle samo warte. Jednak takie wnioskowanie jest błędem.

W rzeczywistości należałoby bowiem sprawdzić, co dostajemy w zamian za nasze zainwestowane 100 USD. Gdyby okazało się, że spółka ABC wypracowuje 50 mln przychodów rocznie i 10 mln zysku, a w dodatku wypłaca 2 USD dywidendy na jedną akcję, podczas gdy spółka CBA wypracowuje 100 mln przychodów, 20 mln zysków i wypłaca 4 USD dywidendy na akcję, to szybko okaże się, że akcje firmy CBA są dwa razy więcej warte niż akcje firmy ABC, bo dostajemy w zamian dwa razy więcej świadczeń ze strony spółki.

Inną kwestią jest już to, czy akurat 100 USD za taką akcję to uczciwa cena, ale tym zajmiemy się w dalszej części. Na tym etapie jednak z całą pewnością możemy stwierdzić, że gdybyśmy mieli wybierać, na co wydać naszych 100 USD, to zdecydowanie bardziej wolelibyśmy kupić na giełdzie akcje firmy CBA niż firmy ABC, bo w takim wypadku za tę samą cenę dostaniemy dwa razy więcej korzyści.

Dokonanie takiego porównania i wnioskowania jest w tym wypadku możliwe dzięki temu, że porównujemy tu koszt i korzyść wyrażone w tych samych jednostkach walutowych, dzięki czemu mamy jakiś punkt odniesienia. Punkt odniesienia będzie potrzebny zawsze do tego, żeby stwierdzić, czy akcje są drogie czy tanie. Sama aktualna cena akcji na giełdzie nie ma bowiem zupełnie żadnego znaczenia.

Nigdy nie można rozpatrywać zmiany ceny akcji na giełdzie bez uświadomienia sobie kontekstu. Oceniając czy dane akcje są tanie czy drogie nie należy brać pod uwagę samej ich ceny transakcyjnej, tylko należy postawić pytanie: „Co za tę cenę dostajemy w zamian”?

Gdybym zapytał przypadkową osobę spotkaną na ulicy czy 20 000 USD to dużo, większość pewnie odpowiedziałaby, że tak, dwadzieścia tysięcy dolarów to dużo. Jednak zastanówmy się nad tym. Pojęcie dużo czy mało są pojęciami relatywnymi. Ich relatywizm polega na tym, że definicja będzie zmieniała się w zależności od punktu odniesienia.

20 000 USD za nowego Mercedesa prosto z firmowego salonu to wcale nie tak dużo. Co więcej, to unikalna okazja. Jednak 20 000 USD za używaną pięcioletnią Dacię Logan z szemranego komisu na rogatkach miasta to już dość dużo. Dwa zupełnie różne wnioski, a mówimy tu przecież o tej samej kwocie. Znaczenie ceny zmienia się błyskawicznie, gdy zmienimy tylko punkt odniesienia. Sama cena akcji bez punktu odniesienia nie przekazuje natomiast inwestorowi żadnej wartości informacyjnej.

Problemu nastarczają też niepoprawnie wybrane punkty odniesienia. Wielu inwestorów patrzy na przykład na historię notowań, do której porównuje aktualny kurs akcji. Jeśli dzisiejsza cena znajduje się powyżej średniej ceny z ostatniego okresu, to znaczy, że jest drogo; a jeśli aktualny kurs szoruje po dnie w oderwaniu od dawnego kursu, to znaczy, że akcje są tanie. Jest to jakiś postęp w rozumowaniu, ale takie założenie niestety także będzie błędne. Bardzo błędne.


Kursy na giełdzie mogą rosnąć w nieskończoność

Wyobraźmy sobie akcje firmy XYZ, które rok temu kosztowały 50 USD, a dzisiaj kosztują 100 USD. Czy uzasadnionym będzie stwierdzenie, że akcje są dzisiaj dwa razy droższe niż były rok temu? Na pierwszy rzut oka tak, ale co w przypadku, gdy przez ten rok przychody, zyski i dywidendy wypłacane przez spółkę wzrosły pięciokrotnie? Czy w takim przypadku można powiedzieć, że akcje są dwukrotnie droższe, skoro za dwa razy wyższą cenę dostajemy pięć razy więcej świadczeń?

Co, jeśli rok temu firma generowała 2 USD zysku na akcję, a dzisiaj generuje 10 USD zysku przypadającego na jedną akcję? Kiedyś płacąc 50 USD za akcję inwestorzy byli uprawnieni do otrzymania 2 USD zysku, czyli mówiąc inaczej musieli zapłacić 25 USD za 1 USD zysku. Dzisiaj muszą zapłacić 100 USD za akcję (dwa razy więcej), ale dzisiaj ta akcja generuje im aż 10 USD zysku, a więc obecnie inwestor płaci tylko 10 USD za 1 USD zysku. Ponad dwukrotnie mniej. Można więc śmiało stwierdzić, że pomimo tego, iż cena transakcyjna akcji w ciągu roku wzrosła o 100%, to w rzeczywistości akcje są dwa razy tańsze niż były przed rokiem!

Tę prawidłowość widać bardzo dobrze na przykładzie zachowania się kursów akcji dynamicznych spółek w rodzaju Amazona czy Google’a, których cena na rynku nieustannie od lat pnie się do góry w dwucyfrowym tempie rocznie.

Wielu pobocznych obserwatorów nie może się nadziwić, jak to możliwe, że cały czas znajduje się na giełdzie tylu naiwnych inwestorów, którzy są skłonni płacić za akcje takich spółek coraz więcej i więcej. Jednak ci inwestorzy wcale nie są naiwni, oni po prostu płacą za akcje coraz więcej pieniędzy, ponieważ coraz więcej przychodów i zysków dostają w zamian.

Rozpatrując wyłącznie zmianę ceny akcji na giełdzie nigdy nie będziemy mieli pełnego obrazu sytuacji. Sama zmiana ceny oraz jej wysokość nie mają absolutnie żadnego znaczenia, dopóki nie zadamy pytania o to, co dostajemy w zamian za tę cenę. W przypadku akcji natomiast jedyne, co możemy dostać w zamian za zakup udziałów, to partycypacja w przychodach spółki, które następnie odpowiadają za wygenerowanie zysku, który z kolei często przekłada się na wypłatę dywidendy.

Dopóki wartości te wyrażane są w tej samej jednostce (w jakiejś walucie), dość łatwo można określić rzeczywistą czy inaczej „wewnętrzną” wartość akcji, ponieważ gdzieś istnieje granica tego, ile jednostek dolarów jesteśmy w stanie zapłacić za jedną akcję, która w zamian wygeneruje nam określoną liczbę jednostek dolara w formie zysku czy dywidendy . W tym wypadku cały trik polega na tym, że dolar, którego musimy zapłacić dzisiaj, porównywany jest z dolarem, którego otrzymamy w przyszłości.

W przypadku innych instrumentów finansowych (złoto, kryptowaluty, surowce) jest to niemożliwe. Co bowiem dostajemy w zamian za uncję złota? Przecież złoto nie generuje żadnych przepływów gotówkowych. Niektórzy tłumaczą się, że kupując uncję złota, kupują sobie poczucie bezpieczeństwa. Na poziomie psychologicznym takie podejście jest oczywiście uzasadnione, ale na poziomie ekonomicznym – jak możemy wyliczyć, ile dolarów rzeczywiście warta jest jedna jednostka „poczucia bezpieczeństwa”?

Można to zrobić wyłącznie na podstawie subiektywnych odczuć czy emocji, a wszędzie tam, gdzie pojawiają się subiektywne odczucia i emocje, trudno jest mówić o zawodowym handlowaniu na rynkach finansowych.

Nie chcę przez to powiedzieć, że w profesjonalnym portfolio inwestycyjnym nie ma miejsca na surowce czy na metale szlachetne. Chcę przez to powiedzieć, że już w przypadku towarów przemysłowych bardzo trudno jest oszacować ich realną wartość, a w przypadku innych aktywów, dla których nie ma masowego zastosowania w przemyśle (złoto, kryptowaluty), jest to praktycznie niemożliwe.

A więc akcje…


Powyższy tekst jest jednym z pierwszych fragmentów książki „Giełda: Początek”, której napisaniu poświęciłem dwa ostatnie lata swojego życia (z dużymi przerwami) oraz dwa ostatnie miesiące swojego urlopu (z bardzo małymi przerwami). Książka ukaże się w połowie roku nakładem wydawnictwa Maklerska.pl

Oceń post

Udostępnij post

  • Zapisy webinarów
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo