Anatomia koronawirusa: czy epidemia Covid-19 to dobry moment na zakup akcji?

Rynki akcyjne mają za sobą najgorszy tydzień od czasu kryzysu z 2008. W ciągu ostatnich siedmiu dni z jednego tylko największego ETF-a na S&P 500 odpłynęło ponad osiemnaście miliardów dolarów, a wolumen handlu opcjami zabezpieczającymi osiągnął poziomy nie widziane jeszcze nigdy w historii rynków finansowych. Czy mamy do czynienia z początkiem krachu czy z okazją do zakupu?

W minionym tygodniu wiele rzeczy w świecie finansów wydarzyło się po raz pierwszy w dziejach. Rentowności rządowych obligacji zanurkowały na przykład do rekordowo niskich poziomów, odkąd Stany Zjednoczone zaczęły nimi handlować, a indeks Dow Jones spadał tak gwałtownie, jak nie spadał nawet w czasie epidemii hiszpańskiej grypy, która w 1918 roku zabiła pięćdziesiąt milionów ludzi. 

A wszystko to przez jednego chińskiego wirusa, którego śmiertelność wynosi niecałe 3% i dotyczy przede wszystkim osób po 70-tym roku życia. Skąd więc zatem taka panika?


Z czym mamy do czynienia i co już wiemy

Przede wszystkich należy mieć świadomość, że chiński wirus nie jest zagrożeniem dla ludzkości. Na 27 lutego 2020 roku potwierdzonych zachorowań w Chinach było 78 631, z których 2358 zakończyło się śmiercią (2.9%), a 32 916 całkowitym wyzdrowieniem (41%). Reszta pacjentów ciągle pozostaje pod obserwacją. 

Dla porównania śmiertelność wirusa ptasiej grypy z 2013 roku wynosiła 40%, a świńska grypa z 2009 roku zabiła 284 tysiące ludzi. Jeśli ludzkość była sobie w stanie poradzić z tamtymi o wiele bardziej niebezpiecznymi epidemiami, to prawdopodobnie poradzi sobie także i tym razem. 

Paradoksalnie jednak problemem jest właśnie to, że ludzkość próbuje sobie z wirusem poradzić. Jak? Poprzez serię ograniczeń w transporcie towarów, w podróżowaniu osób, odwoływanie imprez masowych, zamykanie fabryk, wprowadzanie godzin policyjnych w restauracjach i ustalanie wielodniowej kwarantanny dla zagrożonych grup społecznych. 

Pozytywna informacja jest taka, że te działania okazują się skuteczne i faktycznie powodują zahamowanie rozprzestrzeniania się wirusa, co dobrze widać na przykładzie Chin, gdzie przyrost nowych zachorowań zdecydowanie zwalnia. 

Zła wiadomość jest taka, że walka z wirusem odbywa się kosztem gospodarki. Kwarantanny i ograniczenia w podróżowaniu dramatycznie wpłynęły chociażby na branżę hotelową, lotniczą i turystyczną. W ciągu zaledwie tygodni o ponad połowę spadła liczba rezerwacji lotów z Chin, co w oczywisty sposób uderza w przychody linii lotniczych, ale nie tylko. 

Brak chińskich turystów w Stanach Zjednoczonych i w Europie oznacza raz na zawsze utracone przychody przez lokalne sklepy, hotele i restauracje. Chińscy turyści zostawiają bowiem poza granicami swojego kraju prawie trzysta miliardów dolarów rocznie. Każdy miesiąc ich braku oznacza utracone 25 miliardów dolarów. 

O wpływie kwarantanny na samą wewnętrzną gospodarkę Chin nawet nie wspominając. Obecnie turystyka stanowi prawie 10% PKB Państwa Środka.

To, że akcje spółek związanych z turystyką i transportem (hotele, przewoźnicy, pośrednicy) spadają po kilkadziesiąt procent jest zatem zjawiskiem w pełni wytłumaczalnym. Zwłaszcza w Chinach, gdzie prawie jedna trzecia spółek prognozuje, że ich przychody skurczą się w tym roku o ponad pięćdziesiąt procent, a druga jedna trzecia, że będzie to spadek w granicach 20-50%.  

Dlaczego jednak na amerykańskich rynkach po głowie dostają takie spółki, jak Apple czy McDonald’s, które z turystyką nie mają nic wspólnego? Z dwóch powodów. 


Amerykański akcent

Powód pierwszy to zamknięte sklepy w Chinach, które oznaczają mniej sprzedanych towarów i usług. Apple generuje ponad 11% sprzedaży z terytorium Chin, a McDonald’s posiada tam ponad trzy tysiące restauracji. Zamknięte lokale oznaczają spadek przychodów. To oznacza spadek kursu akcji. 

Drugi problem, zwłaszcza dla spółek produkcyjnych, polega na trudnościach ze zdobyciem części i półproduktów. Chiny to największa fabryka świata. Fabryka, która od miesiąca stoi zamknięta. Przestój w produkcji to zaburzenie całego łańcucha dostaw. 

Świetnie widać to na przykładzie branży motoryzacyjnej. Sam spadek sprzedaży aut w Chinach to dla producentów katastrofa sama w sobie, ale drugi problem polega na tym, że nawet amerykańscy giganci bardzo mocno polegają na elementach importowanych z Chin. 

Jeśli fabryka samochodów w USA nie może dostać śrubki wyprodukowanej w Chinach potrzebnej do tego, żeby przykręcić koło do podwozia, to cała produkcja staje w miejscu. 

Truizmem jest zatem twierdzenie, że światowa sprzedaż zwolni i ucierpią na tym praktycznie wszystkie firmy. To oczywista oczywistość, jak mawiał klasyk. Pytanie jest nie o to czy, tylko jak długo potrwa ten przestój?

I tutaj pojawia się kolejna dobra wiadomość. Pod koniec lutego ponad 70% chińskich fabryk zaczęło już funkcjonować na nowo i produkcja powoli jest w nich restartowana. Fabryki co prawda nie pracują jeszcze pełną parą z uwagi na braki kadrowe, bo nie wszyscy pracownicy zdążyli wrócić z rodzinnych stron, niektórzy poddawani są kwarantannie, a pewne regiony pozostają jeszcze zamknięte, ale to wszystko stopniowo wraca już do normy.

W dodatku eksperci podkreślają, że pozbycie się w tym czasie zapasów magazynowych paradoksalnie może wyjść niektórym spółkom na dobre i możemy mówić o odbiciu w kształcie litery V. 

Fabryki są bowiem w stanie zatrudnić dodatkowych pracowników na drugą i na trzecią zmianę po to, aby nadrobić przestoje z lutego. To, że ktoś nie kupił nowego samochodu czy iPhone’a w lutym, nie oznacza, że nie kupi go w marcu czy w kwietniu. Na takim tymczasowym przestoju spółki produkcyjne nie powinny więc ucierpieć zbyt bardzo, a zatem dzisiejsza przecena faktycznie może okazać się dobrą okazją na zakup ich akcji. 

Większy problem będą miały przedsiębiorstwa w rodzaju Starbucks, Carnival czy Delta Airlines. To, że klienci nie kupili kawy w lutym, nie wykupili rejsu po Karaibach i nie odbyli podróży służbowej, nie oznacza przecież, że teraz w marcu zamówią zamiast jednego, to dwa espresso i że polecą dwa razy na wakacje. 

Dla tych firm raz utracone przychody już pozostaną utracone, jednakże trudno oczekiwać, że ta sytuacja będzie trwała wiecznie. Nikt przecież na zawsze nie zrezygnuje z wakacji ani z podróży służbowych. To z kolei może sugerować, że dla spółek transportowych rok 2020 faktycznie jest już spisany na straty, ale przecież życie nie kończy się na roku 2020.

Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że od początku stycznia kurs ropy naftowej spadł już o ponad 26%, a to oznacza niższe koszty dla wszelkiego rodzaju przewoźników. Niższe koszty oznaczają większe zyski i dają też możliwość wprowadzania rabatów, aby zachęcić klientów do rezerwowania lotów i wycieczek. 


Rząd przychodzi na ratunek

Na pomoc poobijanym spółkom przychodzą też rządy oraz instytucje centralne. Partia w Chinach zachęca banki do złagodzenia kryteriów kredytowych, aby dofinansować mniejszej spółki cierpiące na brak gotówki, a przy okazji sugeruje, żeby powstrzymać się z egzekwowaniem odsetek od kredytów i kart kredytowych indywidualnych osób. Kolejnym pomysłem jest obniżenie podatku dla przedsiębiorców i dalsze cięcie stóp procentowych. Chiny wydają się więc być dość zdeterminowane, żeby utrzymać wzrost gospodarczy na założonym zrewidowanym poziomie minimum 5.5%. 

Równie zdeterminowany okazał się w piątek Jerome Powell z amerykańskiej rezerwy federalnej, który ogłosił, że jeśli będzie trzeba, FED także utnie stopy procentowe. Rynek wycenia takie prawdopodobieństwo już na 90%. Efekt?

W trakcie piątkowego przemówienia Jeroma Powella indeks NASDAQ, który tego dnia znajdował się -3.5% na minusie, w ciągu kilku minut zdążył odrobić wszystkie straty i finalnie dzień zakończył na zielono. 

Czy obniżka stóp faktycznie może aż tak bardzo odmienić losy świata? Problem w tym, że nikt tak naprawdę nie wie, jaki wpływ na gospodarkę będą miały przerwy w łańcuchu dostaw i ograniczenia w podróżowaniu. Nikt tego nie wie, ponieważ obecna sytuacja jest bezprecedensowa. Nie mamy żadnych historycznych danych, na których moglibyśmy bazować. 

Mimo tego, Nomura prognozuje spadek wzrostu GDP w Chinach w pierwszym kwartale o połowę do 3%, a Goldman Sachs przewiduje 0.8% w USA. Nawet gdyby faktycznie tak było, niemal wszyscy podkreślają, że do końca roku straty z Q1 powinny zostać odrobione.

Czy tak właśnie będzie czy też nie, okaże się niedługo. Jedno jest pewne już teraz – historia pokazuje, że takie przeceny, jak ta z zeszłego tygodnia, dla długoterminowych inwestorów okazywały się potem najlepszymi okazjami do zakupu akcji, a sam wpływ wirusów na gospodarkę wcale nie był taki znaczący, jak można się było spodziewać.


W co warto zainwestować?

Jeśli kogoś przekonuje teza o tymczasowości negatywnych efektów wirusa, to w pierwszej kolejności warto zwrócić uwagę na te spółki, które w jego efekcie oberwały najbardziej. Okazji zatem można szukać wśród linii lotniczych (Delta Airlines, Ryanair), operatorów ekskluzywnych rejsów (Carnival, Norwegian, Royal Caribbean), pośredników turystycznych (Booking.com, Trip.com), hoteli (Marriott, Melco Resorts) czy firm kurierskich (UPS) lub ubezpieczycieli medycznych (UnitedHealth Group, CVS Health). 

Wszystkie one znajdują się aktualnie w promocji wynoszącej od kilkunastu do kilkudziesięciu procent i wszystkie są na tyle silnymi markami, że długofalowo ich przychody nie powinny stopnieć, a dalszy rozwój nie powinien zostać zagrożony. 

Całkiem atrakcyjnie zaczynają też wyglądać solidne spółki, na których w wielu przypadkach po raz pierwszy od końca 2018 roku pojawia się tak duży upside mówiący o tym, jaki jest spread pomiędzy ceną docelową akcji prognozowaną przez analityków, a ostatnim kursem zamknięcia. 

20% nie jest wynikiem oszałamiającym, ale w przypadku spółek z kategorii „growth” można uznać, że jest to pierwszy sygnał do rozpoczęcia zakupów. Zwłaszcza, że do tej pory przez dłuższy czas wskaźnik ten oscylował w granicach zera. 

W związku z tym, że nie jest to jeszcze unikalna okazja inwestycyjna biorąc pod uwagę wskaźniki odpowiedzialne za wycenę (EV/EBITDA, P/S, P/CFO, P/BV), które cały czas znajdują się w okolicach sufitu, to z alokowaniem całej swojej gotówki w tym momencie raczej nie należy się spieszyć.

Moment na pierwsze zakupy po solidnej korekcie – jak najbardziej. Moment, żeby wykorzystać wszystkie oszczędności do wejścia na rynek – niekoniecznie. Chwila, żeby się lewarować grając pod odbicie – absolutnie nie. 

PS. Z innych spółek (niezwiązanych z wirusem), na które warto dzisiaj zwrócić uwagę, polecałbym bliżej przyjrzeć się akcjom Jones Lang LaSalle (NYSE: JLL), Walt Disney (NYSE: DIS), Darden Restaurants (NYSE: DRI) i Gray Television (NYSE: GTN). W przypadku tej ostatniej prognozy odnośnie zysków mogą nie wyglądać oszałamiająco, ale jest to spółka, która w roku wyborczym powinna dość mocno zyskać na zwiększonym zainteresowaniu ze strony lokalnych reklamodawców.

Oceń post

Udostępnij post

  • Transakcje dnia
  • Filmy edukacyjne
  • Instruktaże Wideo